czwartek, 13 grudnia 2007

Bo my się poprostu z Analizą Finansową niezbyt lubimy

Wiecie zapewne, iż jechanie na uczelnie i wracanie z niej tym samym składem jest oznaką bardzo, bardzo szybkiego załatwienia tam spraw lub nie załatwienia ich w ogóle, generalnie niezwykle krótkiego pobytu na AE.
Dziś ledwo przyjechałam na uczelnię, a już z niej wyszłam.
Ja generalnie częściej jeżdżę na uczelnię i nie idę na zajęcia niż jeżdżę i na zajęciach się pojawiam (nie wspominając już o tym, że najczęściej to w ogóle tam nie jeżdżę).
Dziś jednak nie wracałam tym samym składem, którym tam pojechałam, lecz nawet wcześniejszym!
Jakkolwiek irracjonalnie to brzmi, fajnie jest wracać z uczelni wcześniejszym tramwajem niż się tam pojechało ;)
Choć w zasadzie różnica niewielka – w obu Piętnastkach „pachniało” tak samo. Na szczęście Panowie Bezdomni byli jeszcze mało doświadczeni (czyt. mało „intensywni”).

Podoba mi się koncepcja pisania notek codziennie.

Marysia

środa, 12 grudnia 2007

Najwyraźniej, sądząc po wzmożonej aktywności bloga, zbliża się czas zaliczeń i egzaminów.

Dziś miałam zajęcia o 11.40. Z wielkim trudem udało mi się wstać i podążyć na przystanek na tramwaj o 11.09.
Zjawiłam się na przystanku 2 minuty przed czasem. Tramwaj natomiast przyjechał 2 minuty spóźniony.
No ale nieważne. Rozsiadłam się wygodnie w drugim wagonie... Nie na długo jednak. Po chwilach kilku przyszła pani motornicza i oznajmiła, iż przejazdu pod wiaduktem nie ma. Stąd dojazdu do Katowic ni Milowic brak.
Cóż było robić – przeniosłam się na przystanek autobusowy.
Czekając spokojnie na cokolwiek byłam świadkiem dość śmiesznej sytuacji. Otóż jeden Pan, któremu też nie dali podróżować Piętnastką cjoć bardzo tego pragnął, postanowił, tak jak i ja, przenieść się na przystanek autobusowy, tyle tylko, że w nielegalny sposób – przez ulicę. Gdy był już w pół drogi, zauważyłam nadjeżdżającą kolejną Piętnastkę z napisem „Zjazd do Zajezdni”. Pan też ją dostrzegł i pomyślał najwyraźniej, że usterka przy wiadukcie została cudownie naprawiona w przeciągu kilku minut. Cóż więc zrobił Pan? Hop siup przez barierkę z powrotem. Niestety ten Pan nie trenował chyba jednak nigdy lekkoatletyki, gdyż wywinął orełka, wprawiając mnie w rozbawienie. Nie przejął się jednak za bardzo porażką, wstał i pobiegł dalej za tramwajem... który nie raczył się nawet zatrzymać na przystanku.
Biedny Pan w sumie... no ale cóż... życie...

W końcu na uczelnię dostałam się autobusem 808, który nota bene miał był przyjechać o 11.07.
No ale któż by go winił o te kilkanaście minut spóźnienia? Ja na pewno nie.

W drodze powrotnej też nie obyło się bez przygód.
Przybyłam na przystanek i sprawdziłam, iż Piętnastka powinna przyjechać o 13.32 czyli w przeciągu kilku minut.
Stoimy, czekamy, przyjechała 14, potem 20... a potem długo, długo nic. Chyba przez ponad 10 minut zupełnie nic! Dość niepokojąca sytuacja zważając, że normalnie Dwudziestki kursują z częstotliwością 4 minut.
Kilka chwil później ukazała się domniemana przyczyna opóźnienia czyli jakieś 37 ciągnięte przez 20, tudzież na odwrót.
A kolejną chwilę później mogliśmy już spokojnie wsiąść do naszej ukochanej Piętnastki. Swoją drogą dawno nie widziałam jej tak zapchanej. Na szczęście sporo pasażerów wysiadło przy zajezdni i dało się już oddychać :)

Na koniec dodam, że śniła mi się ostatnio Piętnastka. Chciałam nawet napisać o tym całą notkę, ale niestety trochę mi się ten cały sen zapomniał.
Wiem, że kursowały autobusy zastępcze od Sobieskiego (a może do Sobieskiego?) i że kierowca takiego autobusu przekazał nam jakąś piętnastkową prawdę, taką z serii śmiesznych-nieśmiesznych. Niestety nie pamiętam jak ona brzmiała. Pamiętam za to, że biegłyśmy (ja, Magda i moja pani od plastyki z podstawówki – pozdrawiamy panią) na jakiś tramwaj co miał nie przyjechać, a przyjechał.
Generalnie sen był dość długi i rozbudowany, ale tak to już ze snami bywa, że bardzo szybko się zapominają i rozmywają...

Śpiąca Marysia

wtorek, 11 grudnia 2007

Powróciłam z wielkim hukiem! Opowieści ze Stolic.

Na początek parę słów wstępu. Głupio byłoby dawać wstęp na sam koniec, nie?
Generalnie jestem, żyję i nie zapomniałam o piętnastce. Jakkolwiek nie przebywam w jej naturalnym miejscu żerowania zbyt często, nieobce mi są objawy piętnastkowości w szerokim świecie.
Pamiętam, że miałam napisać coś po powrocie z Sosnowca, ale już nie pamiętam co. Smutek. Wniosek jest taki, że piętnastkowe opowieści trzeba szybko spisywać, albowiem umykają z umysłu - zasada wyparcia. Złe wspomnienia trzeba czym prędzej wypędzić z mózgu:)
Anyawy - do rzeczy.
Pierwsza ciekawa rzecz tramwajowa z okolic Warszawy - stolicy naszej obecnej. Jest takie niejedno rondo w tym mieście, na którym stoją bardzo ciekawe znaki tramwajowe. No bo nie wiem, czy wiecie, że tramwaje też mają swoje znaki, tak jak i światła. Zamiast czerwonego mają poziome:) Widzieliście kiedyś poziome światło :D No więc na tym znaku, który występuje tuż pod ograniczeniem prędkości do dziesięciu (myślę, że dziesięciu kilometrów na godzinę, choć nie wiem, czy taka na przykład gopowska piętnastka miewa takie osiągi), jest napisane UWAGA! SZYNY PO NAPAWANIU! I nikt nie wie, o co chodzi. No ja rozumiem, że szynami się można napawać, jednakowoż... Hm... Nie żeby zaraz były takie piękne:) Tym niemniej, jak człowiek się nie ma czym zachwycić, to zawsze może się napawać szynami.
Druga historia dotyczy Byłego miasta stołecznego - Krakowa. Jest ona zaczerpnięta z grupy free.pl.rec.rejs. Przeczytała mi ją dziś w pracy moja przyjaciółka. Zaiste popłakałam się niemalże ze śmiechu. Autorem wypowiedzi jest Bartłomiej F. Tajchman, znany także jako Wuj Bart. Cała rzecz dotyczy generalnie zarządu krakowskich dróg, jednak nie będę przytaczać wszystkiego, albowiem wtedy nikt nie przeczyta kilometrowej notki. Zatem tylko część nas najbardziej interesująca, czyli o tramwajach.
(...)kilka dni temu radni zabrali Tajsterowi drogi gminne, powiatowe i wojewódzkie, przenosząc je z ZDiK do KZK i zostawiając w gestii leśnika tylko trzy krajowe (można je objechać, jakby co, zresztą powinny być znaczone na rogatkach znakiem z literą T) oraz transport zbiorowy. No właśnie... Intelekt Tajstera wytworzył, że można zamknąć torowisko w centralnym tramwajowo punkcie Krakowa na dwa tygodnie i puścić tramwaje objazdem. Objazd poprowadzono tak, że po jednym torze w godzinach 7-18
mają przejechać 54 tramwaje na godzinę (z dwoma skrzyżowaniami ze światłami po drodze). Protesty MPK odrzucono jako prowokację wątłych i zawistnych umysłów. Obrazek z wczoraj był prześliczny. 36 (policzyłem) tramwajów w rządku jeden za drugim stało prezentując się w zimowym słońcy przepięknie.
Stały tramwaje, skrzyżowania zablokowane, stały samochody, stało wszystko. Dzisiaj to samo. I tak do świąt co najmniej.


Pozdrawiam Krakowiaków:) I życzę i powodzenia.

Niedługo święta i nowy rok, a potem urodziny piętnastki! Hurra. A na święta to nawet pewnie przyjadę w okolice jej żerowania, więc będzie śmiesznie.
A wspominałam już, że kiedyś w centrum Warszawy wsiadłam w piętnastkę tylko dlatego, że podjechała. Nie miałam nawet pojęcia, gdzie jedzie:)

Buziaki!! Magda

poniedziałek, 10 grudnia 2007

przepraszam, ale po łacinie umiem liczyć tylko do jednego lol

Po pierwsze primo nie chce mi się uczyć na jutro i stąd pomysł napisania notki.
Po drugie primo jechałam wczoraj Piętnastką dwa razy, więc to nie tak, że nie mam zupełnie o czym pisać.

Udałam się wczoraj do Katowic wieczorem w celach tzw kulturalno-rozrywkowych – Piętnastką oczywiście, bo czemu by nie.
Podróż do miasta wojewódzkiego strasznie mi się dłużyła. Nie wiem w zasadzie czemu. Może dlatego, że ciemno już było i widać przez szyby nie było za wiele, a zawartość mego mp3 playera wymaga już zdecydowanie zmiany?
Wioząca mnie Piętnastka była całkiem normalna... Nie licząc niedziałających drzwi, które skutecznie utrudniły życie pasażerom próbujących wsiąść do lub wysiąść z pojazdu.
Natomiast pod Kamsoftem bolid zaatakowany został przez stado babć. Pusty dotąd tramwaj, wypełnił się moherowymi beretami i kapeluszami. Aż ustąpiłam im miejsca... a i tak nie wszystkie babcie znalazły miejsce siedzące.
W drogę powrotną udałam się natomiast Piętnastką z miejscem stojącym zamiast siedzącego (Magda ją kiedyś opisywała – taki tram, który w miejscu gdzie powinno być siedzenie po prostu nie ma go) i bez jednej rurki/poręczy (tej przy środkowych drzwiach, teoretycznie ułatwiającej wsiadanie choć zmniejszającej przepustowość).

Wieczór uznaję za udany, szczególnie, że bateria w empetrójce postanowiła być miła i wyczerpała się dopiero jak byłam pod samym domem.
Na koniec przepraszam za niezbyt wysoki poziom intelektualny notki, ale cóż... po pierwsze primo też się takie zdarzają a po drugie primo naprawdę piszę to tylko po to, żeby się nie uczyć :)

Pozdrawiam serdecznie, Marysia

piątek, 7 grudnia 2007

moja ulubioną dyscypliną sportową jest rzut popsutym składem przez płotki

Po co komu dwa samochody jak i tak nie ma czym jeździć kiedy zachodzi taka potrzeba?
Wczoraj chciałam podjechać do Antidotum w celu zakupu biletów na dzisiejszy koncert, ale mój brat zabrał jeden samochód, a także dokumenty od drugiego. Ja takim gratem bez dokumentów jeździć nie będę. A może to Opatrzność? Wszak tą naszą Czerwoną Dupą to chyba można się tylko wybrać na przejażdżkę na tamten świat (dziś poszedł do naprawy, więc może będzie też jeździć w inne miejsca, nieważne).
W każdym razie musiałam skorzystać z usług komunikacji miejskiej. Oczywiście net mi nie działał, więc nie mogłam sprawdzić, o której mam jakiś tramwaj. Poszłam na przystanek i okazało się, że musiałabym czekać 10 minut. Poszłam więc na przystanek pod nieistniejący już Empik – tam to samo. Poszłam więc pod Extravagance i tam, siłą rzeczy, czekałam już trochę krócej.
Dotarłam do Anti, zakupiłam bilety i wracam. Patrzę a tu jakieś 27 nadjeżdża. Przeklęłam, bo o tej porze tramwaje nie jeżdżą zbyt często. Postanowiłam więc nie dać mu uciec i ruszyłam biegiem w stronę przystanku.
Ach, było to niczym sprint na 100 metrów przez płotki... z tym, że metrów było z 30 i nie przez płotki, a przez barierkę. No ale trenowało się kiedyś lekkoatletykę. Atakująca, zakroczna* i piękny finisz, radość, kwiaty pod nogami, szał kibiców na trybunach, fanfary i owacje na stojąco.
Grunt, że zdążyłam.

Dzisiaj natomiast troszkę mi się zaspało na zajęcia, ale postanowiłam być twarda i pojechać na uczelnię. Udało mi się zdążyć na tramwaj o 7.53 (czyli o jeden później niż normalnie).
I powiem Wam, że bardzo mile się zdziwiłam, bo dokładnie o tej godzinie byłam na przystanku. Na horyzoncie z żadnej stronie nie było nic widać, więc pomyślałam, że się spóźniłam. Już miałam biec na autobus, gdy w oddali ujrzałam nadjeżdżający bolid przegubowy. Cóżże to mogło być jak nie Piętnastka?
Dotarłam bezpiecznie na uczelnie, gdzie dowiedziałam się iż zajęć nie ma. Skserowałam więc tylko jakieś notatki i wróciłam do domu. Tym samym składem!

A na koniec ciekawostka techniczna.
Pamiętacie jak wspominałam, że w Szkocji to popsute autobusy grzecznie mówią „sori, i'm not in service”, a u nas to najwyżej wystawią Ci jakieś „Z” i sam się domyślaj co to znaczy i czy w ogóle to jest „Z” czy może jednak „N”?
Otóż do nas też już dotarła nowoczesna technologia.
W środę, gdy czekałam na tramwaj do domu, przejeżdżał jakiś popsuty tramwaj. Była to 16, która zwykle przejeżdża pod Akademią 4 razy dziennie. To był kurs dodatkowy – popsuty. I wyobraźcie sobie, że na przedzie pojazdu widniał napis „Skład uszkodzony” czy coś w tym stylu. W każdym razie brawo brawo, chwalimy postępowe KZK GOP.

Marysia

* Tak w zasadzie to była bardziej zakroczna, pół-piruet i zakroczna tyłem, ale czyż nie może mnie czasem ponieść fantazja literacka?

poniedziałek, 3 grudnia 2007

Dzisiaj nie o Piętnastce

Wracałam wczoraj od koleżanki Beaty (Beata, teraz jesteś sławna!) ostatnim tramwajem, który miał być w okolicach trzydziestu-kilku minut po północy. Nie lubię jeździć ostatnimi tramwajami, bo jak taki nie przyjedzie to nie ma już co czekać na następny... No chyba, że na Piętnastkę o 4 rano.
W każdym razie na przystanek dodarłam o 00.25. Spojrzałam na rozkład, ale z moim sokolim wzrokiem, w ciemnościach i z takiej odległości, bardziej mi to wyglądało na dwadzieścia-parę po, ale na szczęście ktoś czekający na przystanku po przeciwnej stronie poinformował mnie, że nic w ostatnim czasie w moją stronę nie jechało. Także uspokoiłam się, a tramwaj rzeczywiście w niedługim czasie przyjechał.
Niestety miał on na swoim wyposażeniu dwóch meneli. Panowie Ci chcieli wysiąść pod Extravagance czy jak to się teraz nazywa, ale niestety zorientowali się chwilkę za późno. Jeden z nich poszedł wyzywać na motorniczego, ale niewiele to pomogło.
Ja natomiast myślałam, że zwrócę obiad, kiedy zbliżyli się, by na następnym przystanku wysiąść tymi samymi co ja drzwiami.
O jakże się cieszę, że w tymże czasie sprzątano akurat dworzec. Wspaniały zapach domestosa przeczyścił mi nozdrza i mogłam spokojnie, bez żadnych żołądkowych sensacji wrócić do domu.

written by Marysia

czwartek, 29 listopada 2007

mój leniwiec, foch Piętnastki i atrakcyjność analizy finansowej

Zauważyliście może że w listopadzie nie dodałyśmy żadnej notki?
To nie dlatego, że nie było o czym pisać. Mogłam wszak naskrobać parę zdań o tym, że kilka razy Piętnastka uciekła mi spod nosa choć starałam się biec po tych nieszczęsnych schodach, że nie jeździ zgodnie z rozkładem albo o tym, że byłam w Warszawie i tam był tramwaj który przy ruszaniu z przystanku robił „uuuUUuuUuuu”, jak parowiec ;)
Przyznaję się bez bicia, iż jestem po prostu leniwcem i pisać mi się nie chciało.
Zresztą, nie wiem czy ktokolwiek zakumał, że tak długo już nie było żadnych piętnastkowych wieści...Znaczy ktoś zauważył w sumie... A mianowicie sama Piętnastka!
Tak właśnie! Obraziła się o brak zainteresowania jej osobą i strzeliła dziś focha.
I tym właśnie zmobilizowała mnie do napisania tej noci. Boję się, co mogłaby wymyślić jutro, gdybym tegoż nie uczyniła...

Zanim jednak przejdę do sedna sprawy, słów kilka nie koniecznie na temat, ale z tą historią powiązanych.
Mam na uczelni taki przedmiot jak analiza finansowa. W ramach zajęć połączeni jesteśmy w pary i w parach tych stopniowo robimy analizę finansową jakiegoś przedsiębiorstwa. Na każde zajęcia trzeba jakiśtam fragment analizy przygotować i prowadzący wybiera grupy, które przedstawiają to przed wszystkimi. Jako że było nas nieparzyście to moja para jest trzyosobowa i nie prezentowała jeszcze nic... Tak jakoś ciężko nam dojść na te zajęcia :)
W każdym razie dostałam dziś rano esemesa od koleżanki z prośbą o przybycie na te zajęcia. Ona nie może się zjawić, bo jest trochę chora, ale przygotowała coś i wysłała mi mailem. Także kwestia zebrania się z łóżka, wydrukowania materiałów, przeczytania tego i ewentualnego świecenia oczami w przypadku dodatkowych pytań prowadzącego. Co prawda nie miałam zamiaru jechać na uczelnię, jako że też niebyt wyraźnie się czuję (a wszak się trza wykurować przed weekendem!), ale postanowiłam to zrobić. Szczególnie, że druga koleżanka z mojej „pary” też się miała zjawić.
Postanowiłam pojechać tramwajem o 9.04... czyli po odjęciu 2 minut planowego zapasu o 9.02. O tej właśnie porze zjawiłam się na przystanku. Tak, biegłam po schodach. Tak, tak, tak! I tak Piętnastka zamknęła mi drzwi przed nosem i odjechała.
Oczywiście jak spóźniasz się na tramwaj 2 sekundy, jest to niezawodną przesłanką tego, że następny skład będzie spóźniony. I rzeczywiście kolejna Piętnastka przyjechała zgodnie z rozkładem, co ostatnimi czasy kwalifikowane jest jako spóźnienie.
W sumie miałam nadzieję, że może rozkraczy się po drodze i nie będę musiała jechać na te głupie zajęcia. Jednak tramwaj dowiózł mnie bezpiecznie na uczelnię, gdzie, w kserze, spotkałam się z koleżanką w celu wydrukowania naszego „przemówienia”.
Doszłyśmy jednak do wniosku, że już jesteśmy minutkę spóźnione, więc, zamiast na ćwiczenia, udałyśmy się na kawę w postaci kawy z adwokatem i grzanego wina.

Koło 11 nadeszła pora powrotu do domu. I tu właśnie zaczyna się prawdziwa historia.
Wg rozkładu najbliższa Piętnastka przyjechać miała o 11.12. Wcześniej jednak podjechała 14, więc postanowiłam skorzystać z jej usług. No bo po co mam czekać pod AE skoro mogę sobie poczekać na menelkach? No właśnie...
Na menelkach spodziewany o 11.27 (czyli jakieś 5 minut po moim wyjściu z 14) tramwaj nie przyjechał. Następny (o, jak łatwo sobie obliczyć, 11.41) również nie zaszczycił nas swoją obecnością.
Dopiero o 11.48 podjechała jakaś Piętnastka (na marginesie dodam, że żadne ze zjawiających się w międzyczasie tramwajów numerów wszelakich nie jechał zgodnie z rozkładem więc czemu ta Piętnacha miałaby być inna). Ochoczo wsiadłam do mego ukochanego tramwaju i w mgnieniu oka zostałam z niego wyproszona. Zresztą tak jak wszyscy inni pasażerowie. Pani Motornicza nie potrafiła nam wiele powiedzieć, oprócz tego, że będzie podstawiony autobus zastępczy, który podobno już wyruszył z zajezdni.
Oczywiście wszyscy pasażerowie byli oburzeni, ale cóż było robić?
Koło 12 przyjechała kolejna Piętnastka, z której również zostali wyproszeni wszelcy pasażerowie. Pan Motorniczy powiedział, że przyczyną zmiany kursu jest jakieś wykolejenie na linii i że autobus już wyruszył z zajezdni i powinien tu być za 10 minut.
Lament się jeszcze zwiększył. „Jakie 10 minut? Pewnie za 110! Ileż można czekać?”. „Przecież takie wykolejenie to nic takiego. Przyjeżdża samochód, podnosi i tramwaj jedzie dalej. Ale oni nawet tego nie potrafią. Fachowcy za dycha...”. „Tak tak, autobus zastępczy już wyjechał... Chyba z Warszawy” etc etc.
O 12.20 przybył wielce oczekiwany, niebieski autobus zastępczy z wielką literą T na przedzie. Jeden z dwóch panów z kabiny kierowcy powiedział donośnym głosem „Sosnowiec” i wszyscy wsiedliśmy do pojazdu.
Po drodze wypatrywałam jakiegoś wykolejenia tudzież zerwanej trakcji. Ciężko jednak powiedzieć co się stało. Na mijance koło stawików widziałam jakiś wóz i stojącą Piętnastkę. Wszystko jednak wydawało się być w porządku. Może po prostu usterka została już naprawiona? Wszak tramwaje nie kursowały tamtędy ponad godzinę. To chyba wystarczająca ilość czasu na naprawę wykolejonego tramwaju. Nie wiadomo.

Pozdrawiam piętnastkowo i zdrowia życzę... szczególnie sobie samej ;)
Marysia

poniedziałek, 29 października 2007

Piętnastka - Pierwszy Rollercoaster w Polsce!

Po moim powrocie ze Szkocji dość często widywałam taką fioletową podwójną Piętnastkę. Bardzo mi się podobała, bo lubię fioletowy, a podwójne składy nie były jeszcze wtedy takie popularne jak teraz. Niestety nie miałam okazji się nią przejechać... aż do piątku. W piątek bowiem moi drodzy taki właśnie tramwaj podjechał po mnie i zabrał mnie z uczelni do domu. Ucieszyłam się i nawet zapomniałam na trochę o jesiennej depresji i ogólnym wiszącym w powietrzu marazmie. Trzeba się umieć cieszyć z małych rzeczy!

Chciałabym też wspomnieć o refleksji, która mnie naszła, kiedy czekałam tegoż dnia na przystanku.
Otóż była godzina mniej więcej 11.30. Pierwszym tramwajem, który nadjechał w moją stronę była 14 – pojedyncza i zapchana, ale oczywiście 80% pasażerów okazało się być studentami, którzy wysiedli i utworzyli w pojeździe trochę wolnej przestrzeni. Chwilę później podjechała 20 – podwójna lecz również wypchana po brzegi. Lecz i tym razem zdecydowana większość ludzi wysiadła i podążyła na zajęcia. Czyli ta 11.30 to taka studencka godzina szczytu. I tu nasuwa się moje pytanie. Skoro oni wszyscy maja zajęcia na 11.40, to czemu JA muszę wstawać na 8?! Toż to barbarzyństwo jest!!! Ja protestuję!

Aha, bo byłabym zapomniała. A miałam przecież napisać o tej fioletowej Piętnastce. Jest ona taka kolorowa z powodu reklamy na niej się znajdującej. A jest to reklama pierwszego rollercoastera w Polsce, znajdującego się w chorzowskim wesołym miasteczku. I tutaj się właśnie nie zgodzę. Wszak te nasze Piętnastki to dopiero niezłe ziółka. O wiele lepsze niż jakaś tam górska kolejeczka. A jeżdżą od 30 lat!
Także cieszymy się z nowej atrakcji w parku rozrywki, ale tytułu takiej pierwszej w kraju bym jej nie nadała. Piętnastka była wcześniej!

Nic to, kończę już. Pora zbierać się do łóżka, bo jutro znowu mam na 8 na zajęcia (buu)!

moaned by Marysia

wtorek, 23 października 2007

Dzisiaj Nie Jest Dobry Tydzień!

Uwaga, bo notka będzie długa, jako iż z dużej ilości środków komunikacji miejskiej korzystałam dziś, a każdy z nich dostarczył mi niezapomnianych wrażeń.

Zacznę od tego, że miałam się dziś dostać na uczelnię na dość nietypową godzinę11, która ponadto jest dla mnie godziną wcześnie ranną. Oczywiście udało mi się olać budzik, ale jakimś cudem (choć z wielkim trudem) wstałam... oczywiście ponad pół godziny po zaplanowanym czasie. Jednakże w pośpiechu starałam się jakoś zdążyć na tramwaj o 10.13. Po drodze (będąc już pod dworcem) przeklinałam się w myślach, że przecież mogłam byłam pójść na przystanek na Sobieskiego. To wszak niewiele dalej a tam bym zdążyła, bo Piętnastki na Dworzec przyjeżdżają za wcześnie, ale na Sobieskiego są już zwykle troszeczkę spóźnione. No ale trudno – pomyślałam – sama sobie winnam.
A jednak okazało się, że Opatrzność nade mną w tym momencie czuwała.
Na przystanek dotarłam dokładnie o 10.13. Oczywiście się spóźniłam. Ale co się, Proszę Państwa, okazało?
Po jakiś 5 minutach (nie przyjechał w tym czasie żaden tramwaj) spojrzałam przypadkowo w stronę... hmmm nazwijmy to nowym centrum Sosnowca, tam gdzie fontanna i w ogóle. No więc patrzę i co widzę? Widzę tramwaj stojący sobie tam na światłach. Toż to imponującą odległość pokonał w te (co najmniej) 5 minut! Ja, przychodząc na przystanek, ani też później, żadnego tramwaju nie widziałam. Zatem musiał tam już stać dobrych kilka chwil. Nie było widać co to za numer, ale postanowiłam się przyjrzeć sytuacji.
Po chwili okazało się, że przed rzeczonym bolidem, stał jeszcze jeden. Zauważyłam go dopiero gdy ruszył i począł skręcać w lewo (czyli nie na Katowice). I tu jestem przekonana, iż była to Piętnastka
Bo jakaż inna sosnowiecka linia używa ogórasów?
W tym momencie podjechał jakiś autobus i musiałam chwilowo przerwać obserwację. A co się okazało, gdy przejeżdżaliśmy koło miejsca zdarzenia? No cóż, sytuacja wyglądała dość osobliwie. Domniemana Piętnastka odjechała już w siną dal (szkoda tylko, że nie w odpowiednim kierunku), tramwaj, który widziałam z przystanku (było to 27) wciąż czekał na swoją kolej, a jakiś pan w pomarańczowej kamizelce chodził po torach i coś z nich zbierał.
Zapewne moi stali Czytelnicy i wierni Pasażerowie Piętnastki wiedzą już, co zobaczyłam, gdy spojrzałam w kierunku wiaduktu. Tak jest, zerwana trakcja! Sprawców widać nie było, ale była za to ekipa naprawiająca, co chwali im się, a jakże!
Przypomnę, że takie zerwanie drutu w okolicach wiaduktu paraliżuje nie tylko Piętnastkę, ale i połowę komunikacji Zagłębiowskiej. A zatem nie był to koniec atrakcji. Parę metrów dalej ujrzałam tramwaj numer 21 jadący, a w zasadzie stojący, w kierunku z Milowic do Centrum, a przed nim pchających go dwóch panów. Ja słyszałam o tym (i nie raz w takiej sytuacji uczestniczyłam), że jak samochód nie chce zapalić to się go bierze „na popych”, ale nawet wtedy stara się go pchać do przodu!
Następnym mijanym tramwajem było kolejne 21, puściutkie, stojące na przystanku, z jedną Panią Motorniczą śpiącą sobie spokojnie w środku.
A potem autobus dowiózł mnie już bez większych problemów na uczelnię. W sumie w Katowicach byłam o tej samej porze jak gdybym zdążyła była na ten tramwaj, a on faktycznie pojechałby był właściwą trasą. Z tym tylko, że z przystanku autobusowego musiałam jeszcze drałować kawałeczek, a pogoda niesprzyjająca. Choć właściwie, jakbym bardzo chciała, to mogłam wyskoczyć z autobusu trochę wcześniej, bliżej uczelni. Wszak jedne drzwi były cały czas otwarte (sic!).

Dochodzi południe. Zimno, kapa deszcz, a tu ponad 3-godzinne okienko. No to siup w tramwaj i do domu.
Pierwsza podjechała czternastka. Wsiadłam więc, bo czemu by nie? Wszystko było dobrze do okolic poczty. Tam na przystanku tramwaj się popsuł. Otóż zatrzymał się na przystanku i zgasł ;) Pan Motorniczy – żółtodziób. Sam nie wiedział co się dzieje. Wysiadł z bolidu, pokazywał na pantograf i na migi zapytywał o coś Pana Motorniczego z Piętnastki jadącej za nami. Wszak Motorniczy Piętnastek to nie lada wygi i taka drobna awaria tramwaju to dla nich chleb powszedni.
W każdym razie Motorniczy czternastki wsiadł z powrotem do pojazdu i miał zamiar poszperać coś w tej magicznej skrzynce, gdzie są te wszystkie rzeczy, które się zwykle przepalają itp. W tejże chwili jednak czternastka sama zaskoczyła. Nie na długo jednak. Na następnym przystanku znowu odmówiła posłuszeństwa. Tym razem nie chciała nawet wypuścić uwięzionych w niech pasażerów. Biedny Pan Motorniczy musiał ręcznie otwierać jedne z drzwi. I kiedy pasażerowie lgnęli, żeby się przez nie wydostać, pozostałe otwarły się samoistnie.
Z ulgą wysiadłam na Menelkach i przesiadłam się do Piętnastki, która nie była popsuta, ale za to śmierdziała kupą...

Około godziny 15 wracałam jechałam na uczelnie po raz kolejny. W tamtą stronę obyło się bez większych przeszkód i nawet spotkałam kolegę więc mi się nie nudziło.
W drodze powrotnej nie było już tak różowo. Zimno, kapa jeszcze bardziej niż w południe. Na szczęście, gdy dochodziłam do przystanku, minęła mnie czternastka. Podbiegłam do niej (dalej się zatrzymać nie mogła!) i próbuję się gdzieś ulokować. Tłumu wielkiego nie było, ale miejsc siedzących niestety też nie. Podeszłam do tyłu wagonu, aby usiąść na „parapecie”, ale okazał się mokry i ubłocony, więc zrezygnowałam z pomysłu. W zamian śmierdziało. Przyczyną zapachu była najprawdopodobniej sześcioosobowa rodzina Rumunów, ale pewna nie jestem. Na dodatek okazało się, że zapomniałam empetrójki, więc pozostałam bez muzyki. Nuda. I tak w sumie szczęście, że ja tego mojego sprzętu zapomniałam , bo w sumie martwiłam się, iż go zgubiłam.
Gdy wysiadłam na Dworze, odkryłam pewną właściwość tamtejszego przystanku. Nie wiem od kiedy on taki jest, może wcześniej nie rzuciło mi się to po prostu w oczy, ale jako że dzisiaj padało, zauważyłam to bardzo wyraźnie.
Wiecie, przystanek - wiata autobusowa jest zwykle skonstruowany tak, że ma dach, trzy ściany boczne, a z jednej strony ma przestrzeń otwartą. Otóż przystanek na Menelkach jest przestrzenią bardziej otwartą niźli zamkniętą.
Ma on aż jedną ścianę boczną. Reszty niestety nie uświadczysz. Nie wiem, może pozostałe części konstrukcji zbudowane są z tego samego materiału co legendarne niewidzialne szaty króla?
Koniec końców stanęłam sobie wraz z innymi menelami pod małym zadaszeniem pod Lewiatanem i poczekałam na Piętnastkę, którą jakoś dokolebałam się do domu.

Aha, i jeszcze ubrałam dziś po raz pierwszy moje nowe zimowe buty i obtarły mnie w kostkę.
I to już chyba koniec Piętnastkowych przygód na dzień dzisiejszy.
Pozdrawiam wszystkich, a szczególnie tych, którzy dotrwali do końca tej notki i nie poumierali z nudów po drodze.
Trzymcie się cieplutko w te zimne dni.

Wymęczone przez Marysię

niedziela, 21 października 2007

Idźcie dzieci na wybory!

Polityka mi wisi dorodnym kalafiorem, jak śpiewał Jacek Kaczmarski.

Ja jednak, pomimo pełnego poparcia dla jego słów a także ciszy (przed)wyborczej, wtrącę tu swoje polityczne 3 grosze. A robię to tylko dlatego, że to moja kochana Piętnastka wysunęła jedyne hasło, które mnie w tej kampanii przekonało. Rozczuliło mnie ono. Popieram je całkowicie i uważam, iż słusznym jest!

Otóż jechałam ostatnio taką polityczną Piętnastką, całą oblepioną plakatami. Z 4 plakaty PO, 3 LiD-u i jeszcze parę PiS-u. Jak na taki jeden mały wagon to dość dużo. W każdym razie co się dzieje po drugiej stronie szyby widać nie było.
Ale jakoś żaden z tych plakatów do mnie nie trafił. Za to inny przykuł moją uwagę.
Taki ze zdjęciem płodu i podpisem:
„Podróż męczy nie tylko przyszła mamę...
Ustąp miejsca dziecku w drodze!”.


Vote for Marysia

piątek, 19 października 2007

Perfect World czyli Piętnastki a la Dwudziestki

Zacznę od narzekania, jako że marudzenie, jak powszechnie wiadomo, cechą narodową Polaków jest. Otóż strasznie dziś na dworze fuka, miałam dziś na uczelnię na 8 w nocy, a spałam może z 3 godziny. Do tego jeszcze musiałam dobry kwadrans rano czekać na wolną łazienkę (eh, jakże bym chciała mieszkać sama!)
W każdym razie udałam się rano na przystanek. Piętnastka oczywiście przyjechała za wcześnie (i nie było to planowe 2 minuty, o których wspominałam wcześniej; tym razem przybyła o 7.36 zamiast 39 po), jednakże na nią zdążyłam więc nie ma się co czepiać. Rozsiadłam się wygodnie w drugim wagonie i po chwili dotarło do mnie, dlaczego mój ukochany tramwaj ostatnimi czasy zawsze przyjeżdża pod Dworzec przed czasem. Wszak on zaraz potem biedny stoi 5 minut na tych nieszczęsnych światłach, które zamontowali na skrzyżowaniu (nie rondzie) z Sobieskiego! Toteż tramwajarze starają się, żeby chociaż wyestymowany czas przybycia zgadzał się jakoś z rozkładem i od Sobieskiego jeżdżą już mniej więcej o czasie.
Mój poranny tramwaj był jednak troszkę spóźniony, gdyż musiał czekać 3 minuty, żeby Piętnastka z naprzeciwka mogła przejechać. Co z tego, że rzeczone 3 minuty wcześniej na wspomnianym już skrzyżowaniu mijał się już z poprzednią Piętnastką?! No cóż, zdarza się.

Chciałam też wspomnieć, że dziś w drodze na uczelnie widziałam anormalną liczbę Piętnastek jadących w kierunku przeciwnym! Standard to 3, góra 4. Można to nawet jakoś wyliczyć, jak ktoś lubi takie rzeczy.
Z punktu A (tudzież AE) do punktu B wypuszczane są tramwaje, teoretycznie co 14 minut. W pewnym momencie z punktu B do punktu A także rusza tramwaj. Ile tramwajów spotka na swej drodze, wiedząc, że droga z punktu A do punktu B zajmuje im teoretycznie 25 minut?
To wszystko zależy, w którym miejscu spotka on pierwszy tramwaj, ale generalnie powinny się mijać co jakieś 7-8 minut. Zatem więcej niż 4 w tej niespełna półgodzinnej podróży zdarzyć się nie powinny.
Ja natomiast dziś rano naliczyłam 5 lub 6 Piętnastek. Pewna nie jestem, gdyż gdzieś w Szopienicach wydawało mi się, że widzę Piętnastkę. Jednak jakieś 60 metrów dalej mijaliśmy następną. Także nie wiem czy miałam zwidy co do tej pierwszej, czy może Piętnastki kursowały dziś z częstotliwością dwudziestek.
A propos tejże linii. Na odcinku z Zajezdni do Akademii, a dodam, iż są to 3 przystanki, widziałam 4 dwudziestki. To też jest swego rodzaju fenomen i możecie się kiedyś spodziewać notki poświęconej temu właśnie zjawisku

A wracając jeszcze na chwilę do bohaterki tego bloga.
Pewnie nie powinnam tego mówić, bo jak powiem, to się sielanka skończy. Jednak oprzeć się nie mogę i po prostu muszę Dyspozytornie pochwalić.
Piętnastki jeżdżą ostatnio podwójne! Serio! Wszystkie. A jak nie podwójne to chociaż bolidy starego typu, w których jest generalnie więcej miejsca niż w zwykłych składach.
Wyjątkiem jest tu tylko niebieska Piętnastka (ale ona jest prawie jak autobus więc się nie liczy) i ta w okolicach godziny 15 (ale to godziny szczytu, więc to zrozumiałe).
Także cieszmy się i radujmy, póki mamy z czego.

Miłego weekendu życzy Marysia

środa, 17 października 2007

spacerek zamiast joggingu

Pamiętacie jak miałam w zwyczaju uprawiać jogging?... Codziennie rano po schodach na tramwaj?
Otóż ja zapomniałam. No ale od czego mam Piętnastkę? Piętnastka całkiem skutecznie przypomniała mi o tym już w zeszły czwartek. Szłam sobie spokojnie na tramwaj o 9.17 i gdy o 9.15 wspinałam się w tempie spacerowym (miałam wszak pewien zapas czasowy) po schodach, Piętnastka w tym właśnie czasie odjeżdżała już z przystanku.
BTW jakbyście kiedyś wybierali się na Piętnastkę z centrum w stronę Katowic, to miejcie na uwadze, iż przyjeżdża ona zawsze 2 minuty przed planem. Właściwość sprawdzona empirycznie przeze mnie. Piętnastka robi tak zawsze... no chyba że się spóźnia, wtedy nie :)
A wracając do tematu. Dziś mój ukochany tramwaj próbował zafundować mi kolejną przebieżkę.
Tym razem wracałam już z uczelni. Przekraczałam ulicę (Warszawską?) gdy zauważyłam nadjeżdżającą Piętnastkę. Nie chciało mi się jednak biec. Zamiast tego wsiadłam w 14, która nadjechała parę minut później. Swoją drogą, gdy wysiadałam z niej na Menelkach, widziałam moją „uciekającą” Piętnastkę czekającą na zmianę zwrotnicy. Mogłabym sobie do niej podbiec, zrobić wieś i poprosić Panią Motorniczą o wpuszczenie mnie do środka, ale komu by się chciało? Taka piękna pogoda! Przeszłam się więc 2 przystanki i tam wsiadłam do pięknego niebieskiego ogórasa.
Ze spaceru jestem jak najbardziej zadowolona. A Wy biegajcie na zdrowie jak Wam się chce! I can't be bothered.

Leniwiec Marysia

niedziela, 14 października 2007

Notka zadawniona

Powiem Wam szczerze, że już sługo się zbieram do napisania tej notki i strasznie jakoś nie mam weny. Chyba za rzadko jeżdżę piętnastkami. Właściwie to wcale nie jeżdżę nimi. Bo nie po drodze mi absolutnie jest. Poza tym domyślam się, że warszawska piętnastka nawet nie umywa się do tej naszej, haha.
Jednakowoż zdarzyło mi się, podczas mojego ostatniego pobytu w GOPie przejechać się tym cudownym i jedynym w swoim rodzaju na cały wszechświat środkiem lokomocji. I wiecie co? Wcale, a wcale się nie spóźniła ani nic. Chyba. Pamiętam, że to ja się spóźniłam na nią. Ale za to nie popsuła się, ani nie śmierdziało w niej, ani nic. Dziwne, nie?
Chyba chciała mnie zachęcić do częstszego odwiedzania jej, ale niestety nie wyszło. Bo wracałam do domu już z centrum Katowic i to się jakoś nie uzupełnia. Zatem pojechałam 815, które zatem postanowiło się zemścić na mnie w imieniu piętnastki chyba. (Nie wydaje Wam się, że to jest jedna rodzina? Wszak mają mają podobny numer i oboje jadą ode mnie na AE - tajemnicze, nie?) Generalnie 815 spóźniło sie 15 minut, a potem wsiadł do niego PAN. PAN śmierdział tak sakramencko, jakby był ekstraktem z letniej piętnastki z bonusowym żulem. Dookoła niego utworzył się pusty półokrąg o promieniu szerokości autobusu. PAN bowiem zasiadł na miejscu dla niepełnosprawnych. Co więcej nawiązał rozmowę z jakimś biednym człowiekiem, który siedział w pobliżu. Człowiek ten twardy był, bo nie wstał z miejsca siedzącego, jak to poczyniła część pasażerów z najbliższego pobliża. Tylko podjął konwersację. Szacuneczek dla pana pasażera, zaprawdę powiadam Wam.
Ale w sumie czy to takie straszne?
A czy wspominałam może już o tym, że do pracy jeżdżę na miejscu siedzącym bezpośrednim autobusem niskopodłogowym?
Zdecydowanie warszawski ZTM ma swoje przewagi nad GOPowskim KZK.

With regards,
Magda

środa, 10 października 2007

Zajezdnia Widmo

Prześladują mnie ostatnio Piętnastki do zajezdni widmo.
Wszystko zaczęło się w czwartek. Tramwaj wiozący mnie na uczelnię był z serii mówiących. Znaczy ten konkretny akurat był niemy, ale miał typowe wyposażenie tramwajów mówiących. Mam oczywiście na myśli wyświetlacz, który pokazuje to, co tramwaj chciałby powiedzieć, a nie zawsze go słychać. Na rzeczonym wyświetlaczu natomiast widniał napis „ZJAZD DO ZAJEZDNI”. Inwektywa – pomyślałam, lecz nie przejęłam się tym zbytnio. Wszak do zajezdni jeszcze dużo czasu, a stamtąd to już dość prosto dostać się na AE. Generalnie nikt się nie przejął. Gdy dojechaliśmy do zajezdni nikt nie zareagował, więc ja też pozostałam w tramwaju. Wszystko skończyło się tak, że Piętnastka nie przejęła się również i pojechała dalej, dowożąc mnie spokojnie na uczelnie.
Dnia następnego również korzystałam z usług mego ukochanego środka transportu. Tym razem znak zjazdu do zajezdni zobaczyłam już po bezpiecznym opuszczeniu pojazdu pod uczelnią. Piętnastka wioząca mnie tegoż dnia do szkoły, miała wystawiony owy znak z tyłu drugiego wagonu.
No ale to nie koniec. Wszak do 3 razy sztuka. Dzisiaj po zajęciach czekałam sobie na przystanku na Piętnastkę, która oczywiście się spóźniała. Swoją drogą ciekawe zjawisko. Godzina była 13.30 i wszystkie tramwaje w stronę Szopienic były zapchane. I pojedyncze na dodatek. Nawet Dwudziestka! Na prawdę. Pojedyncza, wypchana Dwudziestka to naprawdę rzadki widok! Wracając do tematu. Czekam i czekam, aż w końcu o godzinie z rozkładem nie uzupełniającej się ani trochę, podjechał tak zwany ogór. Wsiadłam więc i zajęłam miejsce stojące. Od razu pewna rzecz rzuciła mi się w oczy. A mianowicie ten taki cziczik, wiecie? Taka tablica przy bocznej szybie, informująca o trasie i kierunku jazdy tramwaju. Otóż trasy tam nie było. Za to kierunek był jak najbardziej. Wielki napis ZAJEZDNIA... wypisany czarnym markerem, zapewne przez jakiegoś zagorzałego fanatyka rejonów komunikacyjnych, jak to bardziej wtajemniczeni nazywają zajezdnie. Nie muszę chyba dodawać, że tramwaj oczywiście bez żadnych problemów dowiózł mnie do domu.

Prosto z zajezdni, relacjonowała dla Was - Marysia

środa, 3 października 2007

spot the difference

Październik zaczęłam od zdrady Piętnastki.
Na przystanku byłam o 10.55 czyli dokładnie o czasie. Mojego ukochanego środka lokomocji nie było jednak widać na horyzoncie, ani z jednej, ani z drugiej strony. Dlatego też gdy 5 minut później podjechało 815, ochoczo skorzystałam z jego usług.
Kara spotkała mnie taka, iż była kontrola. Na szczęście mam już miesięczny i nie jeżdżę już do naszego miasta wojewódzkiego za darmo, jak to zdarzyło mi się parę razy w zeszłym tygodniu. Także konsekwencji z tego powodu żadnych nie poniosłam. W każdym razie kontrola wyglądała dość osobliwie.
Pan kanar sprawdzał bilety lecz nikogo nie spisywał za jego brak ani nic. „Pani bilecik ma? To dobrze. A pan nie ma? To też dobrze” ;) Sprawdził tak wszystkich i pogrążył się w dyskusji z dwoma swymi kolegami, również kanarami. Dopiero gdy dojechaliśmy do przystanku sprawa się wyjaśniła i panowie kontrolerzy wyprosili delikwentów jadących na gapę na zewnątrz (a w zasadzie jednego delikwenta, bo drugi okazał się emerytem i rencistą) i tam się nim zajęli.
W drogę powrotną postanowiłam już jednak udać się Piętnastką. Średnio mi się to udało, gdyż podjechał wcześniej Jordan, dość pusty. I powiem Wam, że jako iż bolid był starego typu (tzw. ogór), czułam się prawie jak w Piętnastce i prawie zapomniałam wysiąść na menelkach. Na szczęście w porę sobie przypomniałam i przesiadłam się do pojedynczej lecz nie bardzo zapchanej Piętnastki, która (tu trzeba ją pochwalić) przyjechała zaraz po 23, także nie trzeba było na nią czekać nic a nic.

Podróż może nie należała do najbardziej ekscytujących, ale w pewnym momencie zaczęłam martwić się o swoją głowę. Mianowicie na którymś z przystanków (gdzieś w okolicach Brynicy) wsiadło dwóch dziadków. Oboje środkowymi drzwiami. Jeden jednymi, drugi drugimi. Dokładnie w tym samym tempie, w tej samej chwili wspinali się po schodkach do tramwaju. Na pierwszy rzut oka identyczni. „Czy ja widzę podwójnie? - pomyślałam – Po trzech piwach?”.
Dopiero gdy usiedli w odległości jakiś 4 miejsc od siebie, zaczęłam bawić się w znajdywanie różnic.
Oboje mieli takie same okulary. Oboje byli siwi, lecz jeden miał więcej włosów na brwiach a mniej na głowie, a drugi na odwrót. Jeden miał trochę dłuższy płaszcz, drugi trochę krótszy. Jeden miał czarne półbuty, drugi jasne itd. Oboje wysiedli na Dworcu... Śmieszne

Marysia

wtorek, 2 października 2007

let's play

Hejka.

Na początku chciałam się poskarżyć, że ja dostarczam Wam ostatnio notki prawie codziennie, a Wy nie czytacie nic a nic. A jak czytacie to nie zostawiacie po sobie śladu i ja nie wiem tego, że czytacie.
I nikt się nie ucieszył, że wróciłam, o!

W każdym razie w piątek znów jechałam na uczelnię...
Tym razem sprawdziłam na rozkładzie w necie, o której mam Piętnastkę. I powiem Wam, że przyjechała w miarę o czasie. Bo cóż to dla Piętnastki minutka czy dwie spóźnienia?
Przyjechała podwójna. Tradycyjnie więc wsiadłam do drugiego wagonu. Niestety znów miałam problemy ze skasowaniem biletu. Nie potrafiłam właściwie umiejscowić biletu w kasowniku. Po chwili jednak coś zaskoczyło, kasownik wyskrzeczał to swoje charakterystyczne trrryt, a ja spokojnie usiadłam na miejscu. Jak się jednak po pewnym czasie zorientowałam , nie wszystko zadziałało do końca tak jak trzeba. A mianowicie bilet wcale nie został skasowany. No ale trudno. Jako że nie mam nic przeciwko płaceniu połowy połowy ceny, zużyłam ten bilet w drodze powrotnej. Także kolejny przejazd za darmo. BTW mam nadzieję, że nie czyta tego bloga jakiś kanar i nie czeka mnie nalot policji za oszukanie państwa na jakieś 4,35 PLN.

Po załatwieniu spraw na uczelni ( a będąc bardziej precyzyjnym po ich nie załatwieniu), udałam się na przystanek. Od razu przyjechała podwójna dwudziestka, ale nie skorzystałam z jej usług. Sprawdziłam na rozkładzie, że na mój tramwaj będę musiała jeszcze trochę poczekać i usiadłam na ławeczce. Podjechała kolejna podwójna dwudziestka... Tym razem niebieska. Dodam, że następnym przejeżdżającym tramwajem (jakąś minutkę później) była dla odmiany podwójna dwudziestka. Ale to już w przeciwnym kierunku, więc nie wiem czy się liczy.
Kiedy w końcu przyjechał mój tramwaj, okazało się, że jest oczywiście pojedynczy... ale za to niebieski. Troszkę zapchany, aczkolwiek nie za bardzo, bo już w połowie drogi trafiło mi się miejsce siedzące. Niestety nie na długo, gdyż kilka przystanków później z wielkim trudem wsiadł do bolidu bardzo mały człowieczek. Do tego się jeszcze garbił. Żal mi się go zrobiło i ustąpiłam mu miejsca, co będzie taki stał biedny z tą ciężką torbą. Podziękował mi bardzo serdecznie, usiadł i w mgnieniu oka zasnął. A los mi się odwdzięczył i 3 minutki później już miałam kolejne miejsce siedzące.

Wspomnę może jeszcze o nowej grze, którą to rzeczonego dnia wymyśliłam. A mianowicie grę w tysiąca (tak tak, zboczenie zawodowe, po 10 miesiącach pracy w kasynie tylko karty mi w głowie). W tym przypadku jednak nie gra się kartami lecz... tramwajami. Sumuje się numery linii przejeżdżających tramwajów. W jedną i w drugą stronę. Wygrywa ten kto pierwszy dojdzie do tysiąca zanim przyjedzie oczekiwany tramwaj. Mnie się na razie nie udało dojść do tysiąca, ale i tak moja „strona” wygrała. W moim kierunku jechały dwie dwudziestki, jordan i 37 co daje razem 100. A w przeciwnym dwie 20 (ale jedna z nich to wracała ta co jechała też w moją stronę więc nie wiem czy się liczy),14 i 15.
Gra się dopiero narodziła więc jakby ktoś chciał wnieść jakieś poprawki to proszę bardzo. Można na przykład liczyć podwójny tramwaj podwójnie, czyli dwie podwójne 20, jordan i 37 dały by 140 punktów zamiast 100.
Jestem otwarta na propozycje i pozdrawiam piętnastkowo!

dealt by Maria

czwartek, 27 września 2007

autobus czerwony... a tramwaj niebieski!

Hejka.
Dzisiaj krótko i na temat jako że znów byłam dziś na uczelni.
Oczywiście nie sprawdziłam rozkładu w necie przed wyjściem z domu, bo wszak znam trochę Piętnastkę i wiem że jak będzie to będzie. Nie zależnie od rozkładu.
Niestety przyjechała o czasie. Niestety bo musiałam na nią czekać 12 minut. Nie mogła to ta wcześniejsza spóźnić się ze dwie minutki?
No ale trudno. Grunt że przyjechała. I to niebieska!
Niebieska Piętnastka jest śmieszna, bo ma podwójne siedzenia. Prawie jak autobus.
A w drodze powrotnej zapomniałam sobie kupić biletu i znów jechałam za darmo!
Taki ze mnie skąpiec i student! Robię sobie 50% zniżki na przejazdy ulgowe, taki gest mam.

Dziś jeszcze raz wybieram się do Katowic, ale tym razem już chyba autobusem. Za to jutro czeka mnie kolejna wycieczka na AE, więc możecie spodziewać się kolejnej notki już niebawem.

Maria The Scrooge

środa, 26 września 2007

did you miss me?

Aloha!
Dawno mnie tu nie było. Znaczy byłam, ale jako czytelnik, nie autor. W każdym razie już powróciłam z obczyzny i teraz będę częściej jeździć Piętnastką (szczególnie że rok akademicki tuż tuż), a co za tym idzie częściej udzielać się na naszym blogu.
No ale do adremu...

Byłam wczoraj na uczelni dowiedzieć się co i jak z moimi studiami dalej i czy mnie nie wywalili jeszcze przypadkiem etc.
Oczywiście skorzystałam z usług Piętnastki i muszę przyznać, że bardzo mile mnie ona po mej dość długiej nieobecności powitała.
Ledwo weszłam na przystanek, spojrzałam na zegarek, spojrzałam na rozkład, a mój ulubiony tramwaj już podjechał! Nawet chyba zgodnie z rozkładem... No, może minutkę za wcześnie.
Co więcej, był to pojazd dwu-wagonowy!
Wsiadłam więc do drugiego i próbowałam skasować bilet (jako że nie mam jeszcze miesięcznego bo i po co). Tu wystąpił pierwszy problem: kasownik nie działał. Pozostałe dwa również.
„Trudno... No ale któż to widział kiedyś kanarów w drugim wagonie?” - pomyślałam i usiadłam.
Jak się okazało niezbyt fortunnie, bo zbyt blisko śmierdzącego pana (który pamiętajmy w ciasnych piętnastkach jest standardem) co w ten słoneczny, ciepły dzień było dość uciążliwe dla mojego nosa.
Na szczęście, na drugim końcu tramwaju było jeszcze dużo miejsc siedzących i tam też się pospiesznie udałam.
Zajęłam miejsce i już bez większych przygód dotarłam na uczelnie. I to za darmo!
...
Na uczelni oczywiście nic nie załatwiłam a w drodze powrotnej Piętnastka potwierdziła, że nie można mieć wszystkiego i nie była już taka miła.
Myślę jednak, iż potraktowała mnie dość łagodnie i po prostu stara się ona stopniowo przypomnieć mi na co ją stać.
No więc tramwajka, która zawiozła mnie do domu była spóźniona 7 minut (albo o 7 minut za wcześnie, trudno stwierdzić), oczywiście pojedyncza jak na godziny szczytu przystało i zapchana (miejsc siedzących nie było, ale było całkiem sporo miejsc stojących więc nie najgorzej).
Nie popsuła się jednak, nie zmieniła trasy ani nic z tych rzeczy, więc wszystko jeszcze przede mną.

I to by było na tyle. Jestem pewna, że odezwę się niebawem!

Długo Niewidziana Marysia

niedziela, 16 września 2007

Decydujący Moment

Jako że jestem w Warszawie, to zdarza mi się chodzić w różne miejsca. Wyobraźcie sobie ostatnio trafiłam do lokalu o nazwie Migawka. Zupełnie przez przypadek oczywiście, bo ze znajomymi szliśmy na piwo. Okazało sie, że trafiliśmy na wernisaż wystawy fotograficznej o nazwie Moment Decydujący. Piszą o tej wystawie tak:
Naszym celem jest promowanie filozofii fotograficznej, zapoczątkowanej przez znakomitego francuskiego reportażystę Henri Cartier-Bressonaa. "Moment Decydujący" jest w sumie klasyką reportażu, próbą uchwycenia tej najważniejszej ulotnej chwili.
Zdjęcia są urocze.
Ekspozycja prac w Migawce potrwa do 30.09.07.
Następnie zdjęcia zostaną przeniesione:
- 01.10.07 - 15.10.07 - hol Dworca Centralnego w Warszawie.
- 15.10.07 - 31.10.07 - hol Dworca Głównego w Krakowie.

Powiem Wam, że nie znam się na fotografii, ale ujęły mnie te prace. A zwłaszcza jedna z nich idealnie nadaje się do zaprezentowania na tym blogu. Nazywa się Tramwaj, a jej autorem jest Grzegorz Piekarski. Tutaj możecie obejrzeć sobie tą fotografię. Szczególną uwagę należy zwrócić na numer tego tramwaju:) Według mnie boskie.

Także rozwijajmy się kulturalnie, co nam szkodzi. Czasem trzeba się odchamić, Nawet jeśli dzieje się to przez przypadek:)
Jest dobrze, jest dobrze, jest.

Magda, a co:)

poniedziałek, 10 września 2007

Zastój.

No co ja poradzę na to, że w Warszawie tramwaje się nie psują?

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

W nagrodę macie zdjęcie mnie w tramwaju... Żeby Wam nie było smutno. O. Ale za to stałam dzisiaj tramwajem w korku. A wiecie, co jest urocze jeśli chodzi o warszawski ZTM? Że w internetowym rozkładzie podają czas najkrótszy i najdłuższy przejazdu tramwaju/autobusu od przystanku do przystanku.

Generalnie Marysia wraca niedługo i pewnie będzie jeździć piętnastkami, więc nie ma zmartwienia. Blog nie umrze. Wszystko przed nami.
Nawiasem mówiąc te korki warszawskie to jednak jest przesada. Wszędzie są. Błogosławmy metro. Metrem nie stoi się w korkach:)

Pozdro 4 all.
Magda

wtorek, 21 sierpnia 2007

Krótkie info o komunikacji stołecznej

Magda na przystanku autobusowym

Zdjęcie powyżej przedstawia mnie, bo chciałam Wam udowodnić, że naprawdę juz nie jeżdżę piętnastką i dlatego nie ma treściwych notek. A nie dlatego, że mi się
już nie chce pisać. W tle widać znak przystanku i na pierwszy rzut oka można zauważyć, że nie jest to przystanek KZK-GOP (kazetka-gjeope).

Generalnie jest bardzo fajnie tu, choć wszystkie linie niemal mają zmienione trasy, a w niektóre miejsca nie da się dojechać. Przynajmniej z łatwością. W sumie dobrze, że przynajmniej Metro Warszawskie nie zmienia tras, to chyba zakrawałoby już na paranoję, nie:)

Ale zaletą jest to, że jak mi rozkopali tory tramwajowe (największe i najważniejsze skrzyżowanie bodajże w Warszawie), to miałam jeszcze co najmniej dwa inne sposoby dotarcia do pracy. To miłe, wierzcie mi.

Damian mówi, że po Warszawie wczoraj jeździł jakiś mega wielki tramwaj "coś 32 metry dla 210 ludzi na raz". I jeszcze powiedział, że ponoć "mają ich 15 kupić". Ja tam nie wiem, nie interesuję się tym tak bardzo, a może powinnam zacząć? Niewiadomo:)

Buziaki wielkie dla stałych czytelników oraz dla przypadkowych przechodniów.

Magda

wtorek, 7 sierpnia 2007

O warszawskich piętnastkach

Dziś jechałam warszawską piętnastką. Chora chyba jakaś była, bo zaczekała na przystanku na mnie i nic się po drodze nie spieprzyło i zawiozła mnie tam, gdzie trzeba. Choć nie wiedziałam, dokąd jedzie, bo jak tylko ją zobaczyłam, że tam stoi, to postanowiłam do niej wsiąść. Zawiozła mnie do metra, to miło z jej strony, nie?
A jeśli chodzi ogólnie o warszawską komunikację miejską, to naprawdę nie ma na co narzekać. Wszystko jeździ, a należy wziąć pod uwagę to, że cała stolica jest rozkopana w kosmos. Generalnie nie ma źle - jak to się mówi. Poza tym nawet jak coś się spieprzy, to naprawiają to w ciągu 15-20 minut a nie 4-5 godzin. To duży plus.
A wspominałam już, ze miesięczny nie kosztuje tu 48 PLN tylko 33 PLN?
Sami widzicie.

I warszawskie kolorowe snyyy....
Ja - Magda

poniedziałek, 30 lipca 2007

Kononowicz

Sorry.
Nie ma nic. Nie jeżdżę na razie, a w ogóle to jestem w Warszawie, więc jakby nie piętnastkami się poruszam. Ale za to muszę powiedzieć, że panowie skończyli robić schody na mój piętnastkowy przystanek. A to Ci.
Ten blog nie zaginie, bo mu nie dam, ale nie liczcie na wiele.
Tymczasem pozdrawiam, no bo co?

Magda, czyli Ja

piątek, 22 czerwca 2007

Piętnastki nie potrafią pływać.

To coś nowego. Mylog dodał notkę bez treści, a treść była. No cóż.
uzupełnię za miesiąc, bo nie mam teraz czasu.

Bo wyjeżdżam. A notka jest po to, żeby się nie porzucił blog.

niedziela, 10 czerwca 2007

ojej...

Powiem szczerze, że doznałam szoku. Nie odwiedzałam wcześniej strony Tramwajów Śląskich. W tej chwili znajduje się ona po prawej w linkach. Jednakowoż mój szok przede wszystkim wziął się stąd.
Bo właśnie tu można zobaczyć, o której można się spodziewać ogóra, a kiedy piętnastki pojedynczej, a kiedy podwójnej... Szkoda, że nie piszą, która jest zepsuta:)
Tym niemniej szacuneczek. Dodatkowo chciałam zauważyć, że strona TŚ.S.A. ma ładniejsze tło... chyba bym sobie takie wykorzystała. Być może kroi się przemiana imiage'u Gorącej Piętnastki. Ale nic nie obiecuję:)

Pozdrawiam Wszystkich i zapraszam na Dni Sosnowca:)

wtorek, 5 czerwca 2007

Piętnastkowe i inne opowieści

W ramach ożywiania nieco tego bloga na początek kilka słów ewangelii. No dobra, przecież nie będę nikogo strofować:)
Po pierwsze. Panowie zrobili jedne schody na mój przystanek, w związku z czym parę dni temu rozpoczęli młotami udarowymi rozwalać te drugie. Śmieszne, prawda?
Po drugie. Jechałam dzisiaj po wpis do miłego magistra. Stałam na przystanku 20 minut. W tym czasie w przeciwnym kierunku przejechały trzy piętnastki, w moim - żadna. Pojechałam zatem autobusem. 808 postanowił się na mnie zemścić, że nie chciałam nim jeździć do pracy, tylko korzystałam z usług 55. 808 dzisiaj zatrzymał się na wysokości zjazdu na drogę szybkiego ruchu do Katowic. Dalej poruszał się tempem marszowym. Wysiadłam pod Agatą. Idąc na piechotę wyprzedziłam 808. Po wpisie od miłego magistra - przyszła pora, by te piętnastki, które nie jechały ode mnie w stronę Katowic, teraz nie jechały z Katowic w moją stronę. Wsiadłam zatem w piętnastkę w stronę Centrum. Przyjechała od razu - czy to nie dziwne? A 808, którym wracałam do domu, chyba chciał się zrewanżować za wrednego kolegę, bo przyjechał zaraz jak tylko dotarłam na przystanek. Spóźniony 15 minut ;] A to ci dopiero, prawda?
A po trzecie. Ponieważ zdarzyło mi się ostatnio zdradzić mojego Męża - on postanowił się zemścić. Nie powiedział mi o dniach otwartych w Tramwajach Śląskich S.A. Poszedł sam. Ale przecież nie byłabym sobą, gdybym tego nie wykorzystała dla swojego dobra, prawda?

Specjalnie dla Was relacja mojego Męża z wizyty w TŚ S.A. Oto, co pisze Damian, zwany Żabkiem.

Moja pierwsza notka na jakimś blogu... Stresa mam :/
Ale do rzeczy - zostałem poproszony do popełnienia tego czynu, gdyż
ponieważ w sobotę ostatnią z okazji:

1. Dnia Dziecka
2. Przejęcia Tramwajów Śląskich przez wspaniały KZK GOP (w sumie lepiej
tak niż inaczej)
3. Przypadającej corocznie daty takowego iwentu

odbyły się Dni Otwarte w jednej z zajezdni. Tym razem padło na Rejon
Komunikacyjny nr 2 w Katowicach (RK-2) - tajemniczo-zawikłana nazwa
zajezdni na Zawodziu :p
Można sobie było wejść do tramwaju (a wiemy, że na Zawodziu stoją sobie
przedstawiciele wszystkich typów tramwajów jakie można u nas spotkać -
poza stareńką eNką, ale ona jest z Bytomia a to się nie liczy :P). Można
było też wejść i zobaczyć sobie jak wygląda tramwaj na dachu. I stały też
śmieszne zamiatarki do torów (to chyba pługi wirnikowe były) i inne
śmieszności. Ogólnie wypas był i cukierki, i lizaki, i sflaczałe baloniki
na bramie, bo je ktoś kiepsko zawiązał i powietrze uszło :P Ogólny wypas.
Największą atrakcją takowego wydarzenia była standardowo możliwość
poprowadzenia własno... (nie mogę napisać własnoręcznie, bo steruje się
nogami, jak w samochodzie) ...nożnie tramwajem!! Z panem instruktorem
znudzonym jak mops i po zajezdni ale zawsze. I ogólnie fajnie było i gdyby
nie to, że kurs kosztuje 5500PLNów i oddawać by trzeba całą pensję przez
pół roku żeby to spłacić to zapisałbym się na kurs :P
Podobno był też przejazd przez myjniś tramwajową, ale nie chciało nam się
czekać i poszliśmy.

Pewnie zastanawiacie się, gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla
piętnastki? Wszak to o niej blog jest a nie o zajezdni... tzn. o Rejonie
Komunikacyjnym nr 2 w Katowicach... Piętnastka odegrała główną acz krótką
rolę w trakcie powrotu do domu. No bo czymże dostać się z Zawodzia do
Sosnowca, jeśli nie piętnastką?
Przyjechała. Co tam, że 10 minut w plecy a jest sobota. Też można. Ciepło
było, więc dach był pootwierany. Ruszyliśmy. Wtem przez ten otwarty dach
zaczęły do środka wpadać kawałki rdzy godząc ludzi w oczy, czoła i inne
części głów. Przejechaliśmy aż jeden przystanek i pan motorniczy
zakomunikował, że
dalej to nie pojedziemy, bo nam się pantograf zepsuł... Ale pan nie
wiedział tego zapewne wcześniej jeden przystanek, wszak tam zajezdnia
jest... I tak, my biedni pasażerowie, płacący 48PLNów miesięcznie za
bilet, musieliśmy iść na piechotę. A była sobota. I piętnastka stała
blokując tor. Zepsuta. No to poszliśmy... do centrum Sosnowca, na
piechotę. Na Stawikach zobaczyliśmy naszą biedną zepsutą piętnastkę
popychaną przez drugą, torpedę. Ale nie chcieliśmy już wsiadać. Bo co
jakby się druga zepsuła.

Tak więc jak widać, piętnastki oprócz tego że są czerwone to są też mściwe
i mszczą się za to, że prowadziło się niebieską nie-piętnastkę po
zajezdni...


Ze swojej strony chciałabym bardzo podziękować Mężowi, że specjalnie dla Pamiętnika Ciasnej Piętnastki napisał niniejszą relację. I chciałam zauważyć, że zamiast iść na piechotą do Sosnowca, można było:
a) pojechać tramwajem w stronę centrum Katowic na autobus;
b) jak już się chciało chodzić, to przejść na Gwiazdy na autobus;
c) przejść na pociąg na dworzec w Zawodziu i jechać pociągiem do Sosnowca.
Ale takie rozwiązania awarii piętnastkowych znają tylko stare piętnastkowe wygi. Widać, że Damian nie ma wprawy:)

Buziaki dla Wiernych Czytelników i Czytelniczek, a także dla ludzi, którzy wpadli tu przez przypadek.

Magda

środa, 30 maja 2007

Długo mnie nie było.

A byłam tam, gdzie nie ma tramwajów. Na Mazurach znaczy. Byłam też w Stolicy, ale tylko trochę jeździłam tramwajami. Z resztą komunikacja miejska w Warszawie wcale nie jest taka zła. Na pewno jest lepsza od naszej. Bo jeździ częściej:) Udało mi się co prawda przejechać tramwajem wycieczkowym 22. Bardzo fajnie, bardzo długo. Ciekawe miejsca zobaczyłam.
A u nas to co zwykle. Choć śpieszę donieść, że panowie skończyli budować schody na moim przystanku piętnastkowym. Choć połączone są nadal z wiaduktem za pomocą deski-kładki, żeby ludzie nie powpadali pomiędzy schody a chodnik:) Ale najważniejsze, że są. Nawet dzisiaj po nich szłam. Dziwne to uczucie tak sobie schodzić od razu na dobry przystanek i nie musieć przechodzić przez tory.
Aha i widziałam jeszcze dymiącą, kurzącą i śmierdzącą dwudziestkę dzisiaj w Katowicach. Czułam też:) Generalnie motorniczy się chyba cieszył, że już za dwa przystanki ma zajezdnię.

I jeszcze. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka, tak na zaś(:
I że ładna jest pogoda i pewnie aktywność bloga wzrośnie, bo sesja nadchodzi, ale nie boimy się.

Buziaki dla Wszystkich.
Magda

poniedziałek, 7 maja 2007

Tajemnicze przeżycia

Generalnie jeżdżenie piętnastką jest straszne. Począwszy od tego, że nie wiadomo nigdy, czy przyjedzie, a jeśli już przyjeżdża, to nie wiadomo, czy to ta wcześniejsza spóźniona, czy to ta późniejsza jedzie wcześniej. Dzisiaj tak miałam, że przychodziłam na przystanek, a tam przyjeżdżał tramwaj. Z rozkładem miało to tyle wspólnego, że się nie zgadzało z nim. Ogólnie straszne. Poza tym odkryłam dzisiaj, skąd mam te siniaki na kolanach. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, ale odstępy pomiędzy siedzeniami są zdecydowanie za małe. Współczuję moim wyższym kolegom, naprawdę.
Co więcej, dzisiejsza piętnastka parzyła w stopy! Ja nie wiem, jak to się działo, ale przez całe pół godziny jazdy, podłoga wagonu była gorąca tak, że czułam to przez tenisówki. Wcale nie było to przyjemne, zaprawdę powiadam Wam, właściwie to nawet mnie to trochę przerażało. Je wiem, czy chcę rozwikłać zagadkę przyczyny tego stanu. Brr... Żeby tak chciały te piętnastki robić w zimie, jak jest minus 20. Ale nie - one wtedy wcale nie jeżdżą, a pasażerom pozostaje korzystać z koksowników na przystankach:)

No i chciałam jeszcze się pochwalić, że byłam na pętli Zagórze. Mieści się ona w takiej kotlince. Jest tam strasznie, pełno krzaków i jacyś panowie grający w karty. W życiu bym tam nie poszła po ciemku. Co więcej piętnastka jedzie z pętli przez taki straszny tunel, który się sypie i wygląda, jakby się miał zaraz zawalić. Jestem pełna podziwu dla Motorniczych, nie wiem, jak oni to znoszą.

I tyle na dziś. Wiosna zawitała, na ulice wyłonili się zakochani, co mnie wkurza, jako że jestem sama. Sesja się zbliża, grupa zaliczeniami jakimiś straszy na mailu. Maturzyści piszą maturę, poziom obniża się z roku na rok coraz bardziej. A mnie nie chce się pisać pracy magisterskiej, ani uczyć, ani nic w ogóle.
Kto mnie weźmie na łódkę...? Hehe!

A mimo to mam dobry humor, może dlatego, że pierwszy raz od dawna jechałam piętnastką?

Magda

poniedziałek, 30 kwietnia 2007

Bash wymiata!

Jak donosi bash, tramwaje jeżdżą na benzynę :)
I tylko tyle mam do przekazania dziś.
Wesołej majówki.

Magda

wtorek, 24 kwietnia 2007

Dwie rzeczy, a właściwie trzy.

Generalnie jest problem. Polega on na tym, że rzadko ostatnio zdarza mi się jeździć piętnastkami. Średnio raz na tydzień. Nawiasem mówiąc, nie wiecie, jaka to rozkosz, nie musieć codziennie liczyć na to, że nic się nie stanie w tramwaju. Pierwszą więc rzeczą są przeprosiny za obniżoną efektywność bloga.
Po drugie, okazuje się jednak, że mimo rzadkich podróży, przygód nie brakuje. Wczoraj na przykład. Nie wiem, czy zauważyliście, ale ciepło się zrobiło na dworze, słonko świeci i ogólnie wiosna zawitała. Najwyraźniej piętnastka nie chciała być gorsza. Na dworze było ze 20 stopni w słońcu, a w piętnastce było ze 35 nad grzejnikiem, który chodził na pełnych obrotach. Klasyka, prawda. Myślałam, że mi stopi podeszwy. Ale okazało się, że są jeszcze na świecie dzielni ludzie i to z tego starszego pokolenia. Dwóch dziadków upominało Panią Motorniczą. Niech pani wyłączy to grzanie! Najpierw jeden, potem drugi... A potem nagle jakiś nawiew się włączył i zrobiło się chłodniej niemal do razu. Dziwne, nie wiedziałam, że w piętnastkach coś działa, hehe. No ale udało się prawda?
A najfajniejsze było to, że jak jechałam z powrotem, to piętnastka przyjechała 3 minuty wcześniej i zdążyłam dzięki temu na 835 na Środuli. Cudowne. Choć w związku z tym musiałam się zalogować 15 minut wcześniej w pracy.
Ostatnia rzecze jest taka, że w czasie pobytu w Łodzi, krótkiego co prawda, udało mi się znowu zaobserwować łódzką piętnastkę. Z moich obserwacji wynika, że tramwaje w Łodzi mają inne podwozia i inny rozstaw kół. A co za tym idzie, albo w sumie przed tym, inną szerokość torów. Węższe są one i tajemnicze to jest. Zapewne upierdliwe, jako że fabryki tramwajów muszą produkować dwa różne rodzaje podwozi. Nawiasem mówiąc ciekawe gdzie jest fabryka tramwajów.
Postaram się sprawdzić, gdzie jest taka fabryka i jak szeroki jest rozstaw torów w Łodzi. Bo to ciekawe.
Tymczasem pozdrawiam serdecznie i życzę radosnego długiego weekendu. W tym roku wychodzi około 10 chyba, prawda?

Buziaki dla wszystkich.
Magda

poniedziałek, 16 kwietnia 2007

Och, jak dawno nie jechałam Piętnastką.

Dziś wsiadłam do piętnastki pierwszy od bardzo dawna. Trochę miałam stresa. Ale udało mi się zaobserwować nowy sposób na bezstresowa jazdę Tramwajami Śląskimi. Pani, która wsiadła na następnym przystanku, zajęła miejsce, po czym przeżegnała się zanim tramwaj ruszył. W sumie trochę ją rozumiem, może najwyższa pora też zacząć tak robić. A może by nie ruszył, gdyby się nie przeżegnała? W Szopienicach okazało się, że nie ma co się martwić przynajmniej tą podróżą, bo wsiadły zakonnice. Właściwie to chyba nowicjatki były. W każdym razie doszłam do wniosku, że takim osobom nie powinna się przytrafiać piętnastkowość i spokojnie dojechałam na uczelnie, tylko bateria mi siadła w empetrójce:( Nuda!
Za to w powrotnej drodze pojazd wypełnił się dymem! Niestety nie palił się tramwaj, tylko trawy wokół Stawików. Piętnastka paliła trawkę? Kaszlu było co nie miara. Mimo wszystko jestem dumna z piętnastki, że tak dzielnie przedarła się przez zasłonę dymną i dowiozła mnie bezpiecznie do domu. Dzięki temu mogę was poinformować o tym wszystkim.

Generalnie chciałam jeszcze przeprosić, że nie tak często, jak kiedyś pojawiają się notki, ale ja też już nie tak często, jak kiedyś podróżuję piętnastką, Marysia zaś ostatnimi czasy - wcale. Jednakowoż nie zamierzamy porzucić tego bloga, bo fajny jest.
A poza tym wiosna, sesja i tak dalej, coś trzeba robić, żeby się nie uczyć.

Pozdrawiam piętnastkowo jak zwykle,
Magda

sobota, 7 kwietnia 2007

Ekspresowa Piętnastka i 25. godzina (a propos filmów z Nortonem)

Byłam dzisiaj u Magdy pooglądać sobie filmy, w tym Iluzjonistę, choć to nieistotne w zasadzie jest.
W każdym razie jakoś po dziesiątej zadzwoniła do mnie mama z zapytaniem, czy mam klucze od domu, jako że oni spać idą i do mieszkania mnie nie wpuszczą.
Ja oczywiście w swej inteligencji kluczy zabrać zapomniałam, więc czym prędzej zebrać się musiałam.
Na szczęście okazało się, iż mam Piętnastke w przeciągu 6 minut, więc powinnam zdąrzyć.
Wychodząc z klatki, ujrzałam odjerzdżający z przystanku 55.
Nie ma zmartwienia - pomyślałam -wszak nie tymże środkiem lokomocji miałam dotrzeć do domku... Dla pewności jednak przyspieszyłam kroku, aby zdąrzyć na Piętnastkę o 22.22.
Dobrze się stało, że byłam przed czasem gdyż o 22.22 siedziałam w tramwaju, ale był on już pod Empire, gdzie dogonił widziany przeze mnie wcześniej autobus 55.
Potem oba wozy szły już łeb w łeb i w rezultacie na Dworcu były równocześnie.

Także Piętnastce składam dziś hołd za ekspresowe dostarczenie mnie do domu w potrzebie i tym razem nie jest to żaden prima aprilis czy inny świąteczny żart.

A tak troszkę z innej beczki.
Za jakieś 25 godzin wylatuję z powrotem do Szkocji.
Także niniejszym chciałam się z Wami pożegnać i życzyć Wam Wesołych Świąt, świeżego jajka i mokrego dyngusa.
Obiecuję, że postaram się od czasu do czasu odzywać... aczkolwiek bez polskich znaków nie będzie to już to samo ;)

Wielce Piętnastką Ukontentowana I W Ogromnym Bólu Się Z Nią Rozstająca (WPUIWOBSZNR) Marysia

czwartek, 5 kwietnia 2007

Oczywiście to był Prima Aprilis

Niemożliwym jest, żeby taka Piętnastka przyjechała, bo, jak twierdzi Mąż, nie zmieściłaby się pod mostem, który tak twardo remontowali przez zimę.
Tym niemniej liczę na to, że kiedyś taki standard dotrze i do Piętnastek i po Sosnowcu też będą jeździć Karliki.
A tymczasem życzę Wam wszystkiego najlepszego z okazji Świąt!

Magda

PS
Dziś są moje urodziny :)

niedziela, 1 kwietnia 2007

Doznałam szoku!

Dzisiaj miałam niewątpliwą przyjemność zostać mile zaskoczona przez piętnastkę. Dziś bowiem piętnastka przyjechała na przystanek taka:

Wagon typu 116Nd na linii 6
(kliknij, aby powiększyć)

Tak się zdziwiłam, że nie mam nic więcej do powiedzenia.

Shocked Magda

środa, 21 marca 2007

Pierwszy dzien wiosny

Jak widać za oknami, dziś pierwszy dzień wiosny. Zima zaskoczyła drogowców, a z basha można wywnioskować, że miała do tego pełne prawo. O dziwo, piętnastka nie zastrajkowała z okazji dwóch centymetrów śniegu, co się rzadko zdarza ostatnimi czasy. Nawet przyjechała o czasie i w ogóle.
Ale żeby nie było za wesoło, to w drodze powrotnej spotkałam panów kanarów. Co prawda nie próbowali mnie napastować, ale zajęli się skutecznie pewną panią. Pani jechała z Rynku na Zawodzie. Jak niektórym wiadomo, już od ponad roku nie kursują tą trasą autobusy, bo Katowice cierpią na permanentną modernizację. Teoretycznie można więc jechać na jednym bilecie od Rynku tramwajem i potem przesiąść się w autobus na Zawodziu i jechać dalej. Panowie kanarowie jakoś nie chcieli tego zrozumieć i ambitnie pertraktowali z panią przez chyba cztery przystanki. Z przykrością muszę powiedzieć, że nie mam pojęcia, jak zakończyła się ta niewątpliwie ciekawa rozmowa, gdyż zasłuchałam się w słuchawki.
A w uszach, bardzo na czasie, dało się słyszeć, że all i want for Christmas is You" oraz, że Christmas is all around. Przecież zbliżają się Święta prawda? I śnieg spadł. Wszystko się zgadza.

Szkoda, że na wiosnę piętnastki nie jeżdżą zielone.

Wiosennie pozdrawiam,
Magda

sobota, 17 marca 2007

Z okazji Dnia Świętego Patryka.

Z okazji dzisiejszego święta dostaliśmy wszyscy prezent od Marysi. Oto on:

Image Hosted by ImageShack.us

Marysia niewątpliwie opowie nam okolicznościach występowania takich napisów na Wyspach Brytyjskich. Ja z przykrością muszę powiedzieć, że nie znam tych okoliczności.
Tym niemniej ludzie,
STRZEŻCIE SIĘ TRAMWAJÓW!

Magda



Yhm yhm! Teraz ja.

No wiec zdjecie owo zrobilam bedac w Manchesterze.
A jako ze grzeczna dziewczynka jestem do ostrzezenia sie zastosowalam i od tramwajow sie trzymalam z daleka. Szczegolnie ze tablica ta wisiala na ogrodzeniu, postawionym tam zapewne z celu utrudnienia kontaktu czlowiek - tramwaj.

Niestety kochani Brytole nie ostrzegli mnie przed Megabusem...
Marysia sama w obcym miescie. Wysiadla z pociagu i udala sie na przystanek megabusowy. Oczywiscie w Manchesterze nie ma ichniejszego dworca wiec pojazd zatrzymuje sie po prostu na danej ulicy i tam nalezy w niego wskoczyc. Miejsce na szczescie znalazlam aczkolwiek byl pewien szczegol budzacy moja watpliwosc. Mianowicie wedlug mojej rezerwacji i wiedzy bus powinien byl przyjechac o 12:50. Jednakze wedlug rozkladu na przystanku bus do Aberdeen byl o 13:35. Oznaczenie autokaru tez sie nie zgadzalo, ale to juz nieistotny detal. W tamta strone tez jechalam M11 zamiast M9, wiec pomyslalam ze M11 a M17 to rowniez to samo.
Aha, na rozkladzie byl taki megabusik o 12:50... jednakze jadacy w zupelnie innym kierunku (Londyn jezeli ktos bardzo chce wiedziec).
No coz. Pomyslalam, ze poczekam. Moze sytuacja sama sie jakos wyjasni. Uspokoil mnie troche fakt, iz nie tylko ja czekalam na to nieistniejace M17 o 12:50.
Gdy wybila rzeczona godzina, przyjechal jakis Megabus... Byl to jednak ten do Londynu.
Czekalismy tak sobie wiec dalej. Jak sie okazalo nasz transport postanowil wyestymowac jakos te dwie godziny przyjazdu i przybyl okolo 13:05. Odjechal 10 minut pozniej.
Smieszne - niesmieszne. Grunt ze wszystko dobrze sie skonczylo.
Pozdrawiam tych, ktorzy przyszli na przystanek na 13:35. Jezeli takowi byli.

Zmieniajac troche temat.
Zastanawiam sie, dlaczemu w Polsce przed srodkami komunikacji miejskiej nas nie ostrzegaja.
Kilka glupich tabliczek, a wiele by to zmienilo. Ludzie by sie przygotowali, poubierali zbroje, wyjeli miecze ze schowka itp. Z tramwajami by pewnie i tak nie wygrali, ale narzekac by nie mogli. Wszak zostali ostrzezeni.

(beware) Marysia

poniedziałek, 12 marca 2007

Pierwszy wiosenny spracer...

... zafundowany przez piętnastkę oczywiście.
Nie wiem, jak zacząć. Generalnie dzisiaj piętnastka się nie popisała szczególnie.
Od rana miałam tak zwanego japierdolca. Ostatnie zaliczenie dzisiaj miałam pisać, więc nie byłam w najlepszym humorze. Raczej w stronę wrzeszczenia na wszystkich i wpadania w płacz. O dziwno zamknęłam sesję [trzask!] i nawet mi się poprawił nastrój, zwłaszcza, że ładna pogoda jest, słonko świeci i tak dalej. Muzyczka w uszach. Szaleństwo ogólnie.
Podjechałam sobie jeden przystanek dwudziestką, żeby nie stać pod uczelnią i nie tańczyć. Za chwilę przyjechała piętnastka, wsiadłam sobie, usiadłam sobie (sic! - miejsce siedzące), prawie sobie śpiewam z Końcem Świata. Aż tu nagle dojeżdżamy na Menelki. A tam pan włożył głowę do tramwaju i oznajmił, że nie ma przejazdu do Sosnowca. Nosz-kurdesz-no. Skończyło się rumakowanie, skończył się dobry humor. Oczywiście pasażerowie się oburzyli, że jak to, czemu, znowu? I w ogóle. A ja sobie wysiadłam i poszłam.
Poszłam oczywiście do Centrum. Było ciepło, wiosna przecież, prawda? Co tam, że jestem chora, że mam na sobie ciepłą kurtkę... Uprzedzając nieco fakty, powiem, że zgrzałam sie tym marszem i nie wiem, czy mi to na zdrowie wyjdzie.
Ale teraz najważniejsze. Pierwszy raz udało mi się zobaczyć faktyczną przyczynę nieprzejezdności trasy Menelki-Sosnowiec. Szłam sobie, mijając coraz bardziej zrezygnowanych ludzi na kolejnych przystankach. Pierwszym tramwajem, który zobaczyłam, był tramwaj numer piętnaście, a jakże, stojący przed skrzyżowaniem na Sobieskiego. Dalej, przed wiaduktem kolejowym, stało 26. Motorniczy 26 stał obok piętnastki i plotkował sobie w najlepsze z jej motorniczym. Oba tramwaje były puste. Po drugiej stronie wiaduktu stały kolejne. O dziwo, wszystkie były czerwone. Może to jakiś protest - pomyślałam sobie.
Ale okazało się, że wcale nie. Tuż przy wiadukcie od strony centrum stał wóz, jelcz, albo inny star, a na nim siedzieli panowie i naprawiali trakcję. Czy się zdziwiłam? W sumie niekoniecznie. Może bardziej tym, że niedługo po tym faktycznie ją naprawili... Scenariusz prawdopodobnie był taki, że jakiś inteligent w ciężarówce nie zobaczył znaku i wjechał pod nie to przęsło, pod które powinien był. Efekt - pierwszy wiosenny spacerek:)
Ah, powinnam jeszcze dodać, że kolejna wystawa tramwajów stała pod Dworcem. Generalnie dużo ich chyba jeździ. A na patelni to dawno nie widziałam takiego tłoku. A przecież to godziny szczytu. No i oczywiście zrobił się korek samochodowy, bo jedno przęsło mostu było zamknięte dla ruchu. Tam przecież byli panowie, naprawiający trakcję.
A w ogóle to śmieszne, że jedna trakcja zerwana pod mostem unieruchamia całą komunikację między Sosnowcem a Szopienicami, Milowicami, Mysłowicami, Będzinem i Dąbrową Górniczą. Warte zapamiętania w celach terrorystycznych, prawda?

Przeszłam się, ale jestem zmęczona, bo jestem chora. I powinnam się cieszyć, bo zamknęłam sesję, ale jakoś nie mam siły, poza tym raczej w dołku jestem niż w górce. Tym niemniej drodzy ludzie, cieszcie się piękną pogodą. Stawiki są piękne o tej porze roku :)

Spring greetings!
Sent to You by Magda

wtorek, 6 marca 2007

Rozkładowy update i z dawna zapomniane wieści

Rozkład na Mecu pojawił się jakieś dwa dni temu. Ciekawe, nie widziałam, jak się pojawiał, ale jest. Nie widzę żadnej różnicy. Nie wiem, po co całe to zamieszanie. W każdym razie jest. Niech nam żyje KZK GOP!

Druga informacja jest taka, że już od jakiegoś czasu przeprowadzany jest prowizoryczny remont wiaduktu nad moim piętnastkowym przystankiem. Do tej pory mieliśmy jedne schody sprawne (nie, że ruchome, tylko takie, że można było po nich zejść), a drugie zrujnowane. Przez ładnych parę lat były tylko zastawione barierką, zdążyło na nich wyrosnąć drzewo. A jeśli chodzi o te działające, to między samym wiaduktem a nimi była taka dziura i można było przez nią pluć na samochody przejeżdżające pod spodem. Nie żebym tak robiła, ale było to możliwe.
Remont prowizoryczny jest dlatego, że generalnie powinni przeprowadzić remont całego wiaduktu zanim się zawali, a nie podrasowywać tylko schody. No ale przejdźmy do tego, jak się ma sytuacja. Zasadniczo jakiś tydzień, może dwa temu przyszli panowie i zaczęli wiercić. Najpierw wywiercili dziury w chodniku, potem ustawili płyty pilśniowe, czy jakieś tam inne, dookoła i zdjęli barierki. Na działające schody wchodzi się teraz też po mostku z takich płyt. Właściwie nie wiadomo, co oni tam robią, bo te płyty wszystko zasłaniają i nic nie widać. Ale roboty chyba się posuwają do przodu. A niedawno to nawet zaczęli skuwać te niedziałające schody. Może już niedługo nie będę musiała wybiegać tramwajom pod koła, żeby na nie zdążyć, bo będę schodzić (zbiegać) na przystanek po dobrej stronie torów? Jakież to ulepszenie kwestii bezpieczeństwa, prawda? Choć z drugiej strony panowie dzisiaj wbijali we trzech jeden gwóźdź w w dwie deski (czy to się jakoś nie uzupełnia?). Także nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa...
Ale generalnie zawsze do przodu. Wiem, że dzisiaj mało piętnastkowo jest, ale dziś jest dobry tydzień, także nawet piętnastka, którą wracałam z centrum nie miała prawa zastrajkować. Wręcz nawet przyjechała, jak nic nie jechało. Brawo, brawo.

No i tyle mam do przekazania. Jeszcze chciałam powiedzieć, że postaram się zmusić Marysię, żeby może się coś odezwała na blogu, bo nam jej tu brakuje. Maćku, jak to czytasz, to weź no się rusz.

A tymczasem buziaki dla wszystkich i wczesne życzenia z okazji Dnia Kobiet. Pamiętajcie, że Piętnastka też jest Kobietą.

Buziaki Wam! Magda

czwartek, 1 marca 2007

Tajemnica znikających rozkładów

Nie zastanawia Was czasem, jak to się dzieje, że przychodzicie na przystanek, a tam przejrzysty rozkład wisi? Albo wręcz nie wisi wcale? Ja się zastanawiałam nad tym od czasu, kiedy zauważyłam to zjawisko.
Generalnie jest wiele możliwości różnych. Najprostszym wyjaśnieniem są wandale, którzy rozbijają i defragmentują rozkłady w celu wyładowania furii związanej z tym, że tramwaj/autobus nie przyjechał, chociaż powinien był, tudzież właśnie uciekł sprzed nosa. Kolejnym wyjaśnieniem mogą być fanatycy, uwielbiający KZK GOP do tego stopnia, że chcą mieć pokój stylizowany na przystanek. Wyjaśnia to również znikanie znaków przystanku i innych ciekawych rzeczy typu betonowe kosze na śmieci. Choć ja nie chciałabym mieć takiego pokoju. Jeszcze inni ludzie, nie mający dostępu do internetu, mogą na przykład przywłaszczyć sobie rozkład taki, aby mieć go w domu, w celach użytkowych. Przeważnie wynika to z braku posiadania przy sobie długopisu i kartki, a przez to niemożliwości spisania sobie tegoż rozkładu dla potomności. Zapewne jest jeszcze wiele innych przyczyn znikania rozkładów, ale ja ostatnio byłam świadkiem czegoś w zupełnie innym stylu.
Na przystanek autobusowy na Mec podjechało Kangoo chyba, zielone było, nieoznakowane, ani nic. Zatrzymało się na przystanku i włączyło światła awaryjne. Z Kangoo wysiadł pan. Miał na sobie pomarańczową odblaskową kamizelkę, a w ręku dzierżył klucz nasadowy. Kluczem owym niespieszne odkręcił nakrętki zabezpieczające rozkład, po czym schował je do kieszeni, zdjął rozkład, wrzucił na tylne siedzenie Kangoo i wsiadł spokojnie na miejsce pasażera. Kangoo odjechało nie zatrzymane przez nikogo.
Zastanawiam się, czy Ci panowie naprawdę mieli coś wspólnego z KZK GOP. Bo generalnie, to każdy może sobie wyjść w kamizelce z kluczem i odkręcać różne elementy. Może jak zobaczę następnym razem jakiś fajny rozkład, to też tak zrobię.
Teraz będę czaić, kiedy pojawi się nowy rozkład na przystanku autobusowym na Mecu, a póki co - zagadka rozwiązana.

Na pożegnanie życzę Wam, aby na Waszych przystankach zawsze były rozkłady i to nieprzejrzyste.
Pozdro wiosenne dnia pierwszego marca,
Magda

wtorek, 20 lutego 2007

Niezbadane są tory...

W Warszawie jest taka tawerna, która nazywa się Dziesięć w Skali Beauforta. W skrócie 10B. Miałam niewątpliwą przyjemność bawić tam ostatnio. Okazało się, że wyprawy do Stolicy mogą być bardzo pouczające.
10B mieści się przy ulicy Grzybowskiej. I na tej ulicy właśnie można znaleźć... Uwaga... Jeden niespecjalnie długi tor tramwajowy zatopiony w nawierzchni. Jeden, nieparzysty. Leży sobie w ulicy i się błyszczy, można się o niego potknąć, albo coś takiego.
Wysiadłam z samochodu, patrzę pod nogi, a tam tor...
Dostałam niesamowitej głupawki i stwierdziłam, że muszę koniecznie o tym napisać. Co też niniejszym czynię. Zjawisko niewątpliwie warte zbadania. (Chodzi o tor, nie o to, że piszę.) Skąd tam ten tor? Po co? I czemu leży tam, skoro wszystkie tramwaje w tamtej okolicy jeżdżą po linii prostopadłej?
Szkoda, że nie miałam aparatu... To znaczy w sumie miałam, ale nie wpadłam na to, żeby zrobić zdjęcie. Może poproszę kogoś, żeby to dla mnie zrobił.

Jednocześnie zachęcam do dzielenia się ciekawymi spostrzeżeniami na temat funkcjonowania komunikacji miejskiej i nie tylko.

Damianowi uprzejmie donoszę, że to kiedy zaczyna się jego semestr ma niewiele wspólnego z tym, kiedy zaczyna się semestr na AE i dlatego ja miałam First Day od School w czwartek.
Reklama wciąż trwa, mnie też udało się ją zobaczyć tylko ze dwa razy, ale jest, bo liczba kliknięć i bezsensownych komentarzy rośnie. Trudno, co robić.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy zaczynają nowe semestry, jak i tych, którzy mają jeszcze ferie:)

Brought to you by Magda

czwartek, 15 lutego 2007

First day at school!!

Czyli nie ma to jak powitanie piętnastkowe.
Ze względu na ferie, nie miałam przyjemności jeździć piętnastką, kursowałam bowiem między Sielcem a Zagórzem, a nie między Sosonowcem a Katowicami. No może raz mi się zdarzyło jechać ze Środuli jeden przystanek, ale to się wszak nie liczy.
Dzisiaj pierwszy dzień nowego semestru jest więc pomyślałam, że pojadę sobie do szkoły, bo w sumie głupio byłoby nie pojechać, choć rano miałam poważne wątpliwości, czy wstać... Ale udało się, wstałam :)
Pierwsze, czym powitała mnie piętnastka było to, że kilkadziesiąt metrów przed moim przystankiem, gdzie piętnastki się mijały, zatrzymały się obie, a jeden z motorniczych wysunął się z okienka i rzucał czymś w drugiego... śmieszne:)
Potem w drodze do szkoły mijałam chyba z pięć piętnastek jadących w przeciwnym kierunku, a to dużo jak na tę trasę. Też śmieszne.
Ale najlepsze było to, że kiedy przyszłam na przystanek, celem powrotu do domu oczywiście, to piętnastka przyjechała natychmiast. Po czym przejechała pięćdziesiąt metrów i zatrzymała się pod dziwnym kątem względem podłoża i otworzyła z westchnieniem drzwi.
Stwierdziłam, że wystarczy piętnastkowości jak na jeden dzień, wróciłam na przystanek i pojechałam 37 do centrum, gdzie złapałam sobie 815. Choć ona chyba zaraz pojechała dalej... Ale wolałam nie ryzykować.

Bardzo fajne jest to, że są ferie i nie ma dzieci, autobusy i tramwaje są nagle przestronne i *puste*, co jest niezwykłe w sumie.
Poza tym wkurzyli mnie nowi wykładowcy dzisiaj bardzo, ale mniejsza o to.

Jeszcze chciałam napisać, że reklama jest dalej, wisi na mylogu i ludzie przychodzą... Ale nie czytają. Osobie, która życzyła nam wszystkiego najlepszego z okazji szesnastych urodzin nie mam nic do powiedzenia. Analfabetyzm funkcjonalny się szerzy.

Pozdro, pozdro, pietnastkowość, walentynkowość i w ogóle. Aha i pączków Wam dzisiaj życzę, bo to wszak tłusty czwartek :)

Magda

środa, 31 stycznia 2007

Sto lat, sto lat!!!

Czy nie wydaje wam się, że od dzisiaj powinna być Ciasna Szesnastka?
W każdym razie niech nam żyje nasz blogasek długo i szczęśliwie. Choć wiąże się to z przeżywaniem kolejnych piętnastkowych przygód.
Ogólnie to smutek, że nie możemy dziś świętować tak naprawdę tych urodzin, poświętujemy w kwietniu.

A ja chciałam powiedzieć tylko, że w poniedziałek Piętnastka jak zwykle nie zawiodła mnie w drodze na egzamin. Do trzech razy sztuka, jak to się mówi. Pierwsza nie przyjechała. Druga przyjechała, ale się nie zatrzymała, a trzecia była ogórem. Przynajmniej jechała do Katowic. Nikogo chyba nie zdziwi informacja, że spóźniłam się na egzamin, prawda? W powrotnej drodze też nie było za różowo. Postałam sobie na Menelkach pół godziny i też było fajnie. Należy dodać, że akurat w poniedziałek temperatura oscylowała wokół zera, wiał porywisty wiatr i padał deszcz. Jak dojechałam na uczelnię, byłam cała mokra. W tramwaju nie wyschłam, bo nie grzali.

Tak to właśnie jest piętnastkowo. Czekałam z tą informacją na dziś, bo wiedziałam, że nie będę już potem jechać tramwajem. A chciałam napisać coś radośnie piętnastkowego i urodzinowego.

Z okazji urodzin blogaska, WSZYSTKIEGO PIĘTNASTKOWEGO!!

Magda

u mnie nowa nocia - wpadnij!

Sto lat sto lat niech zyje zyje nam sto lat stolat niech jej gwiazdka pomyslnosci nigdy nie zagasnie, i jeszcze jeden i jeszcze raz sto lat sto lat niech zyje nam!
Czujecie? Taj jezdzic stuletnia pietnastka?! to by dopiero bylo szalenstwo!!!!!

A tak jakbyscie jeszcze nie zakumali to oznajmiam ze dzis blog ma swe pierwsze urodziny. Rowniotko rok temu sie z Magda upilysmy i zalozylysmy naszego pierwszego blogaska. Ciezko bylo ale po wielkich trudach (majac przy tym niesamowita frajde) dodalysmy pierwsza nocie... No i tak od roku, jak tylko nam Pietnastka pozwoli, od czasu do czasu dodajemy kolejne.

Smutek tylko ze sie dzisiaj nie upije za zdrowie Goracej Pietnastki. A juz na pewno nie z wspolwlascicielka bloga... No ale coz, takie jest zycie.
Bedziemy mialy duzo do nadrobienia w kwietniu.
Bo tak, moi kochani. Wracam do kraju na troszke na poczatku kwietnia!!! Takze szykujcie impreze!

I jeszcze chcialam powiedziec ze mi sie z tego wszystkiego snila komunikacja miejska.
Najpierw tramwaj 21 (jakies roboty byly wiec 15 nie kursowala i jezdzilysmy z Magda na uczelnie tramwajem 21). Tak czy inaczej dziwny on byl, bo w zasadzie mial tylko sciany boczne. Dachu nie bylo a od frontu tez wiaterek powiewal. Tramwaj ten podjezdzal pod sama patelnie (ulica Warszawska zyby bylo smieszniej) i dalej nie mogl jechac z powodu remontu, wiec (w tym wypadku) Pani Motornicza przesiadala sie na drugi koniec wagonu i jechala w druga strone (jak w pociagu! szalenstwo!) i dojezdzala az pod empik... a dalej nie wiem.
Pozniej natomiast snil mi sie powrot z uczelni czyms w rodzaju autobusu szkolnego. Ten sen juz nie byl taki dziwny i w sumie dosc realistyczny. Tyle tylko ze dzwonilam do domku ze bede za 20 minut, a po 40 minutach przejechalismy jakis kilometr. Czyli w sumie zyciowy sen :)

Nic to. Koncze juz.
PIJCIE ZA ZDROWIE PIETNASTKI !!!
i komciujcie komciujcie!
Marysia

niedziela, 21 stycznia 2007

- Oh, you used to have trams in here
- Yeah, it was like few weeks ago

Mamy w pracy na scianach takie ladne zdjecia niegdysiejszego Aberdeen.
Fajne sa, ale jakos nigdy sie im za bardzo nie przygladalam. Dopiero jakis czas temu naprawde je zauwazylam.
No i tak sobie lukam, a tam tory tramwajowe na glownej ulicy miasta.
Szalenstwo!

A tytul notki to fragment mej rozmowy z kolega z pracy zainspirowany wspomnianym wyzej zdjeciem.



I jeszcze ciekawostka jezykowa.
No bo oczywiscie od razu, jak tylko zobaczylam to zdjecie, pomyslalam zeby napisac o tym nocie. I dobry kwadrans sie zastanawialam jak sie mowi they used to have po polsku...
Porazka.
Gdy opowiedzialam to Magdzie, zyczyla mi powodzenia w pisaniu pracy magisterskiej za rok. Powodzenia zatem!

Rowero, Marysia

poniedziałek, 15 stycznia 2007

Średnia dnia: trzy i pół...

Heh, wiecie, jesteśmy szczęśliwi. Ogólnie już próbowałam napisać notkę o tym, jak pojechałam sobie piętnastką dookoła Pętli Zawodzie-Zadupie, ale nie wyszło, skasowała się. Pewnie za bardzo ociekała żółcią i sarkazmem...
W każdym razie udało mi się pierwszy raz w życiu pojechać sobie w kółeczko z piętnastką. Kiedyś pojechałyśmy z Marysią na pętlę, ale to była Siódemka, a to się nie liczy. Teraz było tak, że wsiadłam sobie ładnie w piętnastkę, a tu w centrum pan powiedział, że on to będzie zawracał na Zawodziu, bo nie ma przejazdu do Katowic. Potem się okazało, że kogoś coś potrąciło, więc właściwie to nieśmieszne. W każdym razie ja się nie przejęłam tym, co pan powiedział, bo do Zawodzia to jeszcze daleko było i długo się tam jedzie. Poza tym pan był miły i w ogóle poszedł do drugiego wagonu powiedzieć ludziom też, żeby wiedzieli, na co się piszą wsiadając w Piętnastkę. W ogóle był miły, bo na Zawodziu wyszedł jeszcze raz i powiedział, że jak nam wygodniej, to możemy wysiąść na pętli, bo on i tak będzie zawracał tam. I brawo, brawo, bo rzadko się zdarzają mili motorniczy.
Poszłam sobie z pętli na piechotę, nie zwracając uwagi żadnej na mijające mnie tramwaje, w tym piętnastkę. Oczywiście przejazd od razu się zrobił, jak tylko wysiadłam z tramwaju i ruszyłam z buta na uczelnię, ale przecież to tak typowe, że nawet nie warto wspominać. A przynajmniej się przejechałam w koło z piętnastką:) Nic to, że mnie przewiało i zmarzłam...
W ogóle to zastanawiam się, czy nie ponarzekać teraz na inne środki komunikacji, typu drogie jak cholera pociągi, albo może na 808, który notorycznie się spóźnia, powodując moje spóźnienia do pracy. Zwłaszcza, że jest jedynym autobusem, który mi pasuje w niedziele jak jadę na 16 czy 17. No i porażka. Czy wiecie, że mam do pracy 3 przystanki i muszę jeździć na składaka? Bez sensu. 808 spóźnia się po kilkanaście minut. Ja rozumiem, że na rondzie są korki, ale przecież po to otworzyli ten tunel pod nim... Ale nie ma tak łatwo... Nie można mieć wszystkiego.

A tytuł dzisiejszej notki stąd, że dziś dostałam trzy, trzy i pół, i cztery :D I brawo brawo, sesja nagle idzie do przodu. Gorzej, że jutro muszę wstać na 8 (!) i dojechać piętnastką do Katowic na egzamin. Pomijając fakt, że jeszcze nic nie umiem. Ale niech się zadość stanie tradycji, że zamiast się uczyć, piszę notkę:D

Pozdro, pozdro dla wszystkich.
Sesjowa Magda.

PS
Zapomniałam powiedzieć, że wczoraj był PIĘTNASTY finał WOŚPu. Ciekawe, czy jeździli Piętnastkami? (:

środa, 3 stycznia 2007

Witajcie w nowym roku:D

Z krótkich informacji niekoniecznie na temat mam do przekazania, że wkrótce blog będzie obchodził swoje pierwsze urodziny! Hurra!!
Choć właściwie nie jest to wcale powód do radości, bo wynika z tego, że piętnastka przez cały rok dawała nam powody do pisania notek, czyli nawalała permanentnie. Ale przecież to śmieszne.

A żeby nie było, to chciałam powiedzieć, ze moja pierwsza w tym roku podróż piętnastką wcale nie była zwyczajna... Taką piętnastką jeszcze nie jechałam, ale może jeszcze mi się zdarzy. Wsiadam sobie do niej, zapchana była nieco. Rozglądam się wyciągając szyję, w poszukiwaniu miejsca siedzącego. No i widzę, że w jednym miejscu nie ma głowy... Więc zmierzam tam powoli. Ale... Po bliższych oględzinach okazało się jednak, że to nie było krzesło zajęte przez dziecko. Tam w ogóle nie było krzesła. Zamiast miejsca siedzącego - miejsce stojące. Krzesła brak. Być może jakiś wysoki pasażer wkurzył się, że nie może sobie wyciągnąć nóg wygodnie. A może pozostałość po sylwestrowych przeżyciach piętnastki? Nie wiadomo. Ale i tak śmieszne:D

Wszystkiego dobrego w nowym roku!
Pozdrawiam,
Magda